- A mogę jeszcze coś wziąć? - spytała się ostrożnie
- Niech ci będzie... Tylko nie obciążaj się za bardzo, bo przed nami długa droga. - westchnęłam, a dziewczyna zmieniła się w wilka i pobiegła ku wlotowi jaskini.
Oparłam się o najbliższe drzewo i zadzierając głowę do góry wlepiłam swój wzrok w mrugające gwiazdy. Gdzieś tam na górze jest pałac siostry, mam nadzieję, że właśnie kończy tworzyć konie. Minęło jeszcze sporo czasu, zanim Yoko wybiegła zdyszana i zarumieniona z jaskini. No nie powiem, jak na jedną rzecz, to sporo jej się zeszło, zaczynałam powoli myśleć, że zejdę pod tym drzewem z nudy.
- Czemu tak długo? - spojrzała na ją przeszywającym wzrokiem.
- Szukałam czegoś... - spuściła wzrok, boi się albo szanuje - dodałam w myślach. - To co teraz?
- Czekamy na konie - wydusiłam z siebie i z impetem siadłam na jednej ze skał będących w pobliżu jaskini.
Dziewczyna poszła za moim przykładem i po chwili również usiadła patrząc się pusto przed siebie. Widać było, że ewidentnie jej się nudzi. W końcu postanowiła przerwać ciszę:
- Czyli jesteś alfą mrozu, tak?
- Tak - odparłam chłodno, przecież to było oczywiste.
- A tam jest bardzo zimno? - spytała ponownie.
- Dla ciebie pewnie będzie bardzo chłodno. - zadawane przez nią pytania wydawały się bezsensowne.
- Aha - mruknęła i znowu zapadła głucha cisza przerywana wesołym cykaniem świerszczy.
- To jak jest z tymi twoimi wizjami? - zapytam, by upewnić się, że wszystko pójdzie po naszej myśli.
Odwróciłam gwałtownie głowę. Słyszałam tętent kopyt, a w dali majaczyły dwie rozmazane plamy. Widziałam w ciemności znacznie lepiej niż zwykły wilk,a i słuch miałam nieprzeciętny.
- W sumie to sama nie wiem... - mówiła w międzyczasie Yoko - Potrafię widzieć przeszłość i przyszłość,
jednak nie wiem co dzieję się podczas trwania wizji. Nie pamiętam co się
w niej stało ani co wtedy mówiłam.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową. Tętent przybierał na sile i stawał się coraz głośniejszy, w końcu dało się poznać, że i moja towarzyszka go usłyszała. Sylwetki koni już wyraźnie rysowały się na horyzoncie i były coraz bliżej. Wstałyśmy i zatrzymałyśmy je. Potężne, silne i wytrzymałe wierzchowce, wręcz konie bojowe, widać, że siostra się postarała. Jeden był czarny jak smoła, z jego chrap buchała para i wszystkie mięśnie pozostały napięte. Pomimo tego nerwowego wyglądu, jego oczy były pełne spokoju i zaufania. Drugi zaś biały jak śnieg. W jego przepięknych niebieskich oczach można było dostrzec tą niepowtarzalną iskrę, zdradzająca nieprzeciętny temperament. Od razu dało się poznać, dla kogo były przeznaczone, jednak przez wrodzoną grzeczność wolałam zapytać:
- Którego chcesz z nich?
- Chyba wybiorę karego... - tak jak myślałam, w końcu był dla niej przeznaczony...
- Jak chcesz - powiedziałam z udawaną obojętnością i płynnym ruchem wskoczyłam na konia.
Dziewczyna stała chwilę osłupiała, ale w końcu podeszła ostrożnie do zwierzaka. Przywitała się z nim i niepewnie zbliżyła się do jego grzbietu. Chwilę się wahała, ale w końcu niezgrabnie wgramoliła się na grzbiet konia. Od początku wiedziałam, ze będą z nią problemy...
- Właściwie to jest pewien problem... - spojrzałam na nią pytająco. - Jak się tym jeździ?
- Nie martw się koń sam ruszy. Ty musisz tylko utrzymać się w siodle.
- No to jedziemy?
Skinęłam twierdząco głową i wydarłam ostrym galopem w stronę południowych lasów.
Tuż przed świtem, po całej nocy nieustannej jazdy zatrzymałam konie i zsiadłam ze swojego, następnie pomagając zsiąść dziewczynie z jej wierzchowca. Puściłyśmy konie luzem i chodź ich boki po morderczym wysiłku niespokojnie falowały, wiedziałam ze tak naprawdę bardzo się nie zmęczyły. Nie odezwawszy się słowem do dziewczyny zebrałam trochę suchego drewna i przyzwałam do niego ogień. Kupka chrustu w net buchnęła niebieskim płomieniem. Yoko wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.
- Zostań tu i się ogrzej - powiedziałam odwracając się od niej - musisz wypocząć, wyruszamy zaraz po wschodzie słońca. Ja idę poszukać śniadania i zacząć zbierać zapasy.
Kiwnęła głową ze zrozumieniem.
- Pilnuj koni - rzuciłam jeszcze zanim naciągnęłam kaptur na głowę i zniknęłam za ścianą lasu.
Chociaż wiedziałam, że gdyby tylko chciały uciec, bez wątpienia nawet jej najszczersze intencje i kolosalne wysiłki na nic by się nie zdały. Po prostu by uciekły. Mimochodem uśmiechnęłam się pod nosem. Chciałabym wtedy zobaczyć jej minę.
Zmieniłam się w wilka i z nosem przy ziemi ruszyłam przed siebie w poszukiwaniu zwierzyny. Lasy, w których się znajdujemy bardzo w nią obfitują. Tak jak myślałam już po chwili złapałam trop. Mmm... dziki. Miało być skromne śniadanko, a będzie cała uczta. Pobiegłam truchtem za świeżym jeszcze zapachem. Jeden dzik z pewnością nam wystarczy, ale przydało by się upolować parę zajęcy, czy królików - są mniejsze i łatwiej nam będzie zabrać je na konie. Byłam coraz bliżej zapachu, którego zwietrzyłam, a gdy wychyliłam się zza krzewu leszczyny, przez iglaste gałązki jałowca mogłam dostrzec kilka kandydatów na moje śniadanie. Zmieniłam postać na ludzka i nałożyłam strzałę na cięciwę łuku. Przyciągnęłam dłoń do policzka i wycelowałam w dorodnego odyńca. Cięciwa brzdąknęła i strzała z cichym świstem poszybowała ku zwierzynie. W jednej chwili las napełnił przeraźliwy, pełny bólu kwik. Aż otworzyłam usta ze zdziwienia. Chybiłam! Pierwszy raz w życiu chybiłam! Odyniec, zamiast prosto w serce dostał w łopatkę i moje przerażone śniadania zaczęło uciekać. Zmieniłam się w wilka i wyskoczyłam zza jałowca. Rzuciłam się w pogoń za stadkiem dzików, trafiony osobnik biegł na czele. Cholera, nie dość że mi uciekło śniadanie, to jeszcze nie odzyskam strzały. Wściekła rzuciłam się na dzika biegnącego tuż przede mną. Straszne chucherko, ale może się najemy. Rozgryzłam mu krtań i zwierzę w końcu się wykrwawiło. Zamaskowałam jego ciało gałęziami i przygniotłam kamieniem, a sama udałam się szukać zajęcy. Zamiast zapachu przekąseczek czułam wszędzie woń krwi, którą niewątpliwie miałam na łapach jak i na pysku. Nie będzie teraz łatwo. Na szczęście chyba bogowie nade mną czuwali, gdyż znalazłam królicze norki. Nie mam ochoty uganiać się za maluchami, więc poczekam, aż same wylizą. Zaczaiłam się w gałęziach i ustawiłam pyskiem do wiatru, tak by nie czuły mojego zapachu.Cały czas czujnym wzrokiem obserwowałam każdą z dziur w ziemi. Już zaczynało świtać, muszę się śpieszyć. W końcu w jednej z norek ukazał się malutki ruchomy nosek, a potem para niezwykle czujnych uszu. Zamarłam w bezruchu i czekałam. W końcu z norki wyszła parka królików i cztery maluchy. Nie mam już czasu cackać się z nimi pojedynczo, więc zamroziłam je. Zwierzęta padły bezgłośnie, a mnie na chwilę zamroczyło. Oczy przesłoniły mi czarne plamy, a w uszach zadudnił głuchy odgłos, jakby ktoś włożył mi na głowę metalową beczkę, a potem zaczął w nią uderzać. Oj tak... polowanie magią nie jest najprostsze... Gdy w końcu doszłam do siebie powiązałam króliki sznurem tuż za uszami i przerzuciłam go sobie przez ramię. Wróciłam się do dzika i również przerzuciłam, go przez ramię, choć był znacznie cięższy. Skierowałam się w stronę obozowiska,a kiedy dotarłam rzuciłam łupy przed Yoko. Zmieniłam się wilka i zaczęłam pożerać dzika. Dziewczyna dalej siedziała nieruchomo
- Jedz - zachęciłam ją
Skrzywiła się z obrzydzeniem.
- A nie lepiej tego najpierw upiec?
Przewróciłam oczami. Zmieniłam się w człowieka i odrąbałam przy użyciu noża wyjętego z buta udziec zwierzęcia. Rzuciłam jej i powiedziałam z ironią:
- Masz, piecz sobie.
Dokończyłam swoją część dzika i przybrawszy ponownie postać ludzką zabrałam się do dzielenia mięsa i patroszenia królików. Wyrocznia nadal piekąc mięso patrzyła na to z jeszcze większym obrzydzeniem i jakby trochę pobladła.
- Jesteś wilkiem - przypomniałam jej - ten widok powinien wzbudzać w tobie nieprzełamany apetyt, a nie mdłości.
- Wybacz, ale jakoś tak mam...
Podbiegła do najbliższych krzaków i chyba zwróciła tam wczorajszą kolację...
- Mięso ci się spali - burknęłam i zaczęłam zawijać nasze zapasy w kawałki wygarbowanej skóry.
Dziewczyna wróciła chwiejąc się na nogach i poczęła z niesmakiem jeść olbrzymi udziec. Uśmiechnęłam się pod nosem i poklepałam ją po ramieniu.
- Dobra dziewczynka - szepnęłam do niej i podeszłam do koni, aby przymocować zapakowane zapasy do siodeł.
Kiedy skończyłam przysiadłam się do wyroczni kończącej już swój posiłek.
- Zjadłaś?
Pokiwała głową.
- No to ruszamy.
Zwinęłyśmy swoje rzeczy, zgasiłam ognisko i wskoczyłam z powrotem na konia. Yoko również dosiadła swoje wierzchowca i chodź nie wyglądało to najlepiej, to i tak wyszło jej znacznie lepiej niż ostatnio. Podjechała do mnie stępem.
- Tak właściwie, to one mają jakieś imiona?
- Konie? - wybuchłam śmiechem - to byt tymczasowy, po co nazywać coś, po wypełnieniu swojej misji i tak ma być unicestwione?
- Aha... - powiedziała speszona - A mogę swojego... nazwać? - spytała nieśmiało.
- Jak dla mnie możesz go sobie nawet zostawić. Wszystko zależy od siostry.
- Naprawdę? - na jej twarzy zagościł uśmiech.
- Naprawdę - powiedziałam i ruszyłam kłusem na wschód.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz