poniedziałek, 23 grudnia 2013
(Wataha Mrozu) od Issis
Rzuciłam się z impetem w miękkie łóżko i zaczęłam rozmyślać o szykującej się wyprawie. Do przebycia Zachodniej Równiny, czy jak kto woli Servii będą potrzebne spore zapasy. Z tego co mi wiadomo, nie należy do zbyt obfitujących w żywność ziem. Część na pewno weźmie Margo, my także będziemy miały trochę czasu by coś upolować. Przyda się także kilka bukłaków słodkiej wody. Westchnęłam głośno. Nie podobało mi się to, że Servia będzie naszym najdłuższym etapem podróży. Wolałabym tam zostać jak najkrócej, to nie są bezpieczne tereny. Nasze konie się nie męczą, z pewnością same przebyłybyśmy ją o wiele szybciej. Z kolei, jeśli narazimy się na atak jakiegoś stworzenia, sama nie mam szansy obronić siebie i wyroczni, która nigdy nie widziała na oczy broni.
No dobra, dość rozmyślań czas wziąć się do roboty. Naciągnęłam na nogi długie, wygodne buty i wsunęłam do jednego z nich krótki nóż. Zarzuciłam na plecy ciepłą opończę i założyłam na głowę kaptur, przesłaniający większą część mojej twarzy. Przez plecy przewiesiłam kołczan ze strzałami i duży zdobiony łuk, doskonały do polowań. Sięgnęłam ręką w głąb szafy i wyjęłam z niej grube, ciepłe futro. Domyślam, się, ze zwykłe wilki z powietrza nie mają w posiadaniu takich ciuchów. Złapałam swój ukochany biały kostur i już miałam się przenieść na tereny watahy powietrza, kiedy usłyszałam ciche warknięcie.
- Tym razem zostajesz - mruknęłam do kota i wylądowałam centralnie na szczycie Góry Wichrów.
Przeszłam 20 kroków na wschód i 7 na północ. Przykucnęłam i odsunęłam ręką zarośla. Ujrzawszy malutką szczelinę w ziemi uśmiechnęłam się z zadowoleniem. Odgarnęłam ręką glebę i natrafiłam na zimną, twardą skałę. Z większym wysiłkiem powoli ją podniosłam. Moim oczom ukazała się ziejąca czernią szczelina w ziemi, dostatecznie duża,by bezproblemowo w nią wejść. Bez wahania skoczyłam w przepaść pod sobą. Po omacku wyszukałam na ścianie pochodnię i rozpaliłam ją niebieskim płomieniem. Czyli tajne wejścia jeszcze działają- stwierdziłam z nieukrywanym zadowoleniem. Powoli ruszyłam przed siebie krętym korytarzem oświetlanym bladym blaskiem pochodni. Cicho wygwizdywałam melodię ulubionej piosenki. Wąski korytarz wił się i rozgałęział bez końca. Raz opadał w dół, innym zaś razem prowadził stromo pod górę. Ja miałam to szczęście dobrze znać te korytarze i nie dać się zwieść pozornie łatwiejszym do przebycia drogom, kończącym się zazwyczaj czymś znacznie mniej przyjemnym niż strome podejście, czy wybrakowane schody. Od wejścia do największej groty jaskini powietrza, zwanej Jaskinią Letniej Bryzy, dzieliła mnie już satelitarna odległość, kiedy usłyszałam paniczny krzyk. Bez wahania zmieniłam się w wilka i ruszyłam pędem przed siebie. Naprędce usiłowałam przypomnieć sobie rozkład tutejszych pomieszczeń. Po pokonaniu paru zawiłych korytarzy dosłownie wyleciałam na skalną półkę znajdującą się kilkanaście metrów nad podłożem Jaskini Letniej Bryzy. I co ujrzałam? Stadko dusz upadłych wilków atakujących, nie kogo innego, niż MOJĄ wyrocznię! Zmieniłam postać na człowieka i napięłam cięciwę łuku. Wypuściłam po kolei trzy strzały celując w znajdujące się najbliżej niej upiory. Nie chybiłam ani razu. Rzuciłam się w panujący na dole harmider zmieniając w locie postać. Spadłam na grzbiet jednego z nich i bez wahania go zagryzłam. Rzuciłam się na następnego zerkając kątem oka na wyrocznie. Chroniły ją słabe zaklęcia ochronne, jednak wiecznie nie będzie mogła odpierać ataków. Kolejny przeciwnik również padł. Odwróciłam się i rozszarpałam gardło następnemu. Zmieniłam postać na ludzką i zdzieliłam w brzuch kosturem cień wilka skaczący mi do gardła, tym samym odtrącając do pod ścianę. Wyszarpałam nóż z buta i urywanymi słowami wyszeptałam pierwsze lepsze zaklęcie, które przyszło mi do głowy. Cisnęłam nożem w przeciwnika będącego najbliżej złamania bariery chroniącej przerażoną dziewczynę. Trafiony w mgnieniu oka staną w oślepiającym świetle, a wokół niego z hukiem wybuchły kolorowe fajerwerki. Przejechałam dłonią po twarzy w geście załamania. Co się z tobą dzieje? Nie znasz innych zaklęć? - skarciłam siebie w myślach. Jedyną przewagą jaką zdołały nam dać wywołane w pośpiechu fajerwerki, było to , ze przerażone wybuchem upiory uciekły ze skowytem. Bezrozumne istoty. Podeszłam do trafionych strzałami osobników i wyszarpałam je z ich cienistych ciał. Były zbyt dobre, aby zostawić je na stracenie. Podnosząc wzrok zobaczyłam, ze dziewczyna schyla się aby podnieść mój nóż.
- Sz! - syknęłam i uniosłam ostrzegawczo rękę - Nie radzę.
Dziewczyna popatrzyła na mnie pełnymi przerażenia oczami i ostrożnie wycofała się do tyłu. Podeszłam do broni i wyszeptałam frazę dezaktywującą działanie zaklęcia, po czym z powrotem schowałam nóż do buta. Zmieniłam się w wilka i podeszłam płynnym, wolnym krokiem do dziewczyny patrząc nań błękitnymi jak lód oczami.W tej samej chwili wpadły do groty trzy przerażone i widocznie wściekłe wilki. Wśród jednego z nich rozpoznałam Aulidę - alfę powietrza.
- Co tu się stało?! - wykrzyknęła Aulida - Yoko? Nic ci nie jest?
- Ekchem - odchrząknęłam i pozwoliłam panującemu wewnątrz mojego ciała chłodowi ujść na zewnątrz, tak by i inni go odczuli - Ja też tutaj jestem. - powiedziałam niewinnie.
- Kim jesteś i co tutaj robisz? - odezwała się wadera stojąca za swoją alfą.
- Aulida wie kim jestem i to jej wystarczy. A jestem tu, gdyż potrzebuję waszej wyroczni.
- A czy to przepadkiem nie jest próba uprowadzenia - ozwał się basior i podszedł do mnie dumnym krokiem.
- Kochaniutki, gdyby to była próba porwania, to nie byłabym taka miła - powiedziałam słodkim melodyjnym głosem.
- Miła?! Wparowujesz do naszej jaskini bez pozwolenia podczas naszej nieobecności i urządzasz nam tutaj masakrę. - Zmienił się w człowieka i zbliżył czubek miecza do mojego gardła.
Nadal siedziałam na podłodze w postaci wilka niewzruszona.
- Naprawdę jesteś na tyle odważny by zaatakować nieuzbrojonego? A więc próbuj.
Widziałam jak się w nim gotowało. Podniósł z ziemi leżący nieopodal miecz i mi go rzucił.
- Łap! - warknął.
Zmieniłam się w człowieka i zręcznie złapał miecz
-Broń się jeśli potrafisz - powiedział opryskliwie i rzucił się na mnie.
Z ust Aulidy wydarł się stłumiony okrzyk. Bez większych problemów wytrąciłam mu z rąk miecz, kiedy tylko się zbliżył, a następnie rzuciłam na ziemię swój. Spojrzał na mnie zdumiony.
- Nie potrzebuję twojego miecza, mam dość własnej broni.
Podeszłam do niego i położyłam mu dłoń na ramieniu.
- W twoim sercu drzemie naprawdę wielka odwaga i niezmierna siła. Lecz jeszcze nie czas, byś ją zbudził, Danny.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Skąd znasz moje imię?
Uśmiechnęłam się beztrosko i szepnęłam mu do ucha.
- Trochę za głośno myślisz.
Podeszłam powolnym majestatycznym krokiem do alfy powietrza. Obejrzałam się przez ramię i zobaczyłam ciągle zszokowanych Yoko i Dannego patrzących się na mnie z dezorientacją.
- Więc jak będzie z tą wyrocznią, Aulida? - rzekłam ospale przyglądając się swoim paznokciom.
- Kim jesteś? - ponowiła pytanie wadera stojąca za nią.
Westchnęłam ciężko.
- Aulida? Oświecisz towarzyszy?
- Issis, alfa mrozu - powiedziała przez zęby.
- Więc jak?
- Skąd mam pewność, że nic jej się nie stanie i że do mnie wróci?
- Skąd twoja niepewność? -spojrzałam na nią pytająco.
Zamarła w bezruchu i nie odezwała się ani słowem.
- Właśnie przed chwilą obroniłam twoją przyjaciółkę przed pewną śmiercią. Gdyby nie ja, z pewnością znaleźlibyście ją martwą razem z rozszalałą hordą demonów panoszących się po waszej jaskini. Czy to nie wystarczający argument, że jestem w stanie zadbać o jej bezpieczeństwo?
Kobieta zacisnęła usta i spojrzała pytająco po kolei na każdego z towarzyszy. Nie trzeba było czytać w myślach, żeby domyślić się, że właśnie rozmawiają bez słów.
- Niech będzie - rzekła poważnie - Ile potrwa jej nieobecność?
Uśmiechnęłam się szeroko ukazując białe zęby.
- No. Czyli dobiłyśmy targu. Tydzień potrwa sama podróż. Dam jej parę dni na zaaklimatyzowanie się w lodowcu. Po wypowiedzeniu przepowiedni z pewnością będzie musiała parę dni poświęcić na regenerację. Ten czas spędzi w pałacu siostry. A potem obmyślimy jak odesłać ją do domu.
- Nie da się tego jakoś skrócić?
- To najkorzystniejsza dla obydwu stron opcja.
Jeszcze raz przebiegła wzrokiem po towarzyszach i ze świstem wciągnęła powietrze.
- Niech więc będzie, ale jeśli tylko coś jej się stanie...
- Nie mam zamiaru narażać się na wasz gniew - przerwałam jej.
Wyrocznia podeszła do nas i wylewnie pożegnała się z towarzyszami.
- Żegnam więc - powiedziała skłaniając się nisko - Bywajcie.
Po tych słowach wyszłyśmy z jaskini, tym razem głównym wejściem. Kiedy wreszcie znalazłyśmy się na osobności wyjęłam grube futro i jej rzuciłam.
- Masz przyda ci się - powiedziałam i naciągnęłam na głowę kaptur.
(Wataha Eteru) od Avril
Po dotarciu do pałacu, padłam zmęczona na łóżko. Mój umysł pogrążył się w śnie, w którym objawiła mi się Elaine, która już nie żyła. Mówiła o przepowiedni. Że nadszedł czas aby już została wypełniona. Wtedy ujrzałam Bogów. Pierwszy raz od kilkunastu lat. Zaczęli wymawiać przepowiednie.
Obudziłam się gwałtownie. Czułam się jakby ktoś oblał mnie na powitanie lodowatą wodą. Ujrzałam nad sobą Posłańca. Pomachał mi na pożegnanie i zniknął. Powoli podniosłam się z łoża. Odgarnęłam włosy i zaczęłam analizować sen i utożsamiać go z obecnością Posłańca. jego przybycie nie świadczyło raczej o niczym dobrym. Ubrałam się w dzienne szaty i poczęłam nerwowo kręcić się po pokoju. Nie podobało mi się to, co się właśnie szykowało. Drzwi otworzyły się z hukiem i do pokoju wpadła siostra. Przez ułamek sekundy zobaczyłam przymrożoną do podłogi Jaelithe. Ale nie ona jest teraz naszym najważniejszym zmartwieniem.
- Posłaniec - zaczęłam ze spuszczonym wzrokiem - mi również wszystko wiadomo.
Zatoczyłam nerwowo jeszcze parę kółek po pokoju, aż w końcu westchnęłam i oparłam się na dłoniach o blat stołu. Spojrzałam Issis głęboko w oczy.
- Musisz ziścić przepowiednię i złamać klątwę.
- Co? Dlaczego ja?! - oburzyła się - Przecież była mowa, ze obydwie musimy ją złamać.
- Ja już swoją część wypełniłam. - powiedziałam usprawiedliwiając się.
- Powiedziała osoba, która ściągnęła klątwę.
- Odezwała się ta, która nie kiwnęła nawet palcem by ratować świat.
Ja przynajmniej po tym co TY - wypowiedziała to słowo ze zbędnym naciskiem - zrobiłaś, nie wylegiwałam się w pałacach, zamiast ciężko harować na odnowienie świata.
- Ej - zganiłam ją - przypominam ci ze jestem starsza. - może nie był to najodpowiedniejszy argument, ale jak widać podziałał
- Ja przynajmniej jestem mądrzejsza - odparła opyskliwie - Przynajmniej na tyle, żeby nie ratować zniszczonego już świata ściągając na niego niszczycielską klątwę.
'Siostra nie wkurzaj mnie' - dodałam w myśli.
- I właśnie dlatego że jesteś taka mądra, ściągniesz nam wyrocznię - powiedziałam jak do 3 letniego dziecka - Jest jedna w powietrzu. Ma bardzo wiarygodne przepowiednie. Nie musimy się też martwić, o to, że to co zobaczy dotrze do niepowołanych uszu. Nie pamięta niczego z czasu trwania wizji. Niestety nie posiada daru panowania nad przestrzenią, jak my. Będziecie musiały przebyć trasę na piechotę. - powiedziałam przeczesując umysłem teren pod nami
- Że jak?! Siostra, przesadziłaś. Powietrze to przecież drugi kraniec krainy, w nieustannym marszu bez żadnych przeszkód wędrówka zajęłaby nam najkrócej 5 dni. Trzeba jeszcze oczywiście dodać parę dni na omijanie niebezpiecznych i przesyconych magią miejsc, aby wać pannie wyroczni nic się nie stało. Oczywiście nie możemy także pominąć Mordanu, który chociaż jest najpewniejszą drogą, to wiesz jaki jest niebezpieczny, nawet dla mnie, a co dopiero dla jakiegoś żółtodzioba? Piechotą ta wędrówka zajmie nam ponad tydzień! - wykrzyknęła.
Westchnęłam obmyślając jak najlepszą dla sytuacji strategię podróży.
- Dostaniecie konie. Wiesz że nie lubię korzystać zapasów materii twórczej , ale z uwagi na powagę sprawy stworzę z niej dla was dwa konie. Przybędą do was pierwszego dnia wędrówki. Najszybciej będzie, jeśli przebędziecie Zachodnią Równinę, a potem po wspięciu się na Górę Żywiołów, powędrujecie wysokimi szlakami Mordanu aż do lodowca.
- Jedyne słuszne słowa wypowiedziane przez ciebie tego dnia - wywarczała
- Udam, że nie słyszałam. A więc tak. Jak tylko konie do was dotrą wydrzecie galopem na południowy-wschód. Konie się nie męczą, więc powinnyście szybko dotrzeć do Zachodniej Równiny. Jako że leży na terenach mroku, skontaktuję się jeszcze dziś z Margo. Margaret nazywa Zachodnią Równinę Servią, myślę, że nie powinnaś mieć większych kłopotów z przebyciem jej, zwłaszcza, że w przeszłości często na niej bywałaś. Ale ze względu na grzeczność, poproszę Margo o pomoc w przeprawieniu się przez równinę, a dodatkowa eskorta dla wyroczni na pewno się przyda. Po Servii pożegnacie się z alfą mroku i ruszycie jak najszybciej w kierunku Góry Żywiołów. Od jej szczytu biegnie stary trakt, nie wiem, czy go pamiętasz, ale powinny się zachować resztki bitej drogi prosto w serce Mordanu. Tam zostawicie konie, opuszczą was i wrócą do mnie. Dalej ruszycie piechotą, myślę, że dalszą drogę powinnaś znać, Mordan to twoja działka. Jak dotrzecie do lodowca, daj młodej trochę czasu na zaaklimatyzowanie się. Jak będzie gotowa, wezwij mnie, abym mogła usłyszeć przepowiednię i ewentualnie pomóc w przygotowaniach. Ustalone?
- Jasne, mości pani - skłoniła się głęboko.
- Zanim wyjdziesz odmróź Jaelithe. - wysapała przez zęby.
- Niech ci będzie - przewróciła oczami. - Ciao siostra.
Ukazała szereg białych strych zębów i rozpłynęła się w powietrzu. Jest chyba jedyna osobą potrafiącą doprowadzić mnie do szału. Dałam sobie chwilę na ochłonięcie po rozmowie po czym przeniosłam się do jaskini mroku, gdzie zgodnie z oczekiwaniami zastałam Margaret. Siedziała na gigantycznym fotelu z założonymi na prawie całym ciele opatrunkami i czytała książkę. W jej głowie kłębiło się sporo myśli i jeszcze więcej uczuć i chodź nie chciałam żadnej z nich słyszeć to i tak wszystkie natarczywie pchały mi się do głowy.
~ Głośno myślisz - przekazałam bez użycia słów, jak to zwykle czynimy.
Zaniepokojona obejrzała się po pokoju w końcu natrafiając wzrokiem na mnie.
~ Nie bój się - uniosłam delikatnie rękę, by ją uspokoić i uśmiechnęłam się ciepło - Wybacz, że niepokoję cię w takiej chwili, ale mam naprawdę ważną sprawę niecierpiącą zwłoki.
- Wybacz, ale czy mogłybyśmy rozmawiać za pomocą słów? To niezbyt przyjemne uczucie kiedy rozbrzmiewają bezpośrednio w twojej głowie i nie możesz zlokalizować ich źródła, chociaż rozmówca stoi przed tobą.
Zaśmiałam się perliście.
- Jak wolisz Margaret.
- Mów mi Margo.
- Jak wolisz Morgo.
- Jaka sprawa cię do mnie sprowadza? - zapytała pokazała gestem abym usiadła. Zaprzeczyłam głową.
- Postoję. Zacznę od początku, jednak nie dane ci jest poznać więcej szczegółów niż te, które ograniczają się do twojej roli. Z pewnych przyczyn musimy sprowadzić wyrocznię z terenów powietrza, do lodowca w Mordanie na terenach mrozu. Nie posiada ona daru panowania nad przestrzenią, więc musi przebyć całą trasę poruszając się o własnych siłach. Jako, że te tereny jeszcze nie są do końca bezpieczne, na naszej trasie znalazła się Zachodnia Równina, bądź jak ty ją nazywasz Servia.
- Czyli mam przeprowadzić was przez Servię?
Pokiwałam głową.
- Blisko, jednak nie będę uczestniczyła w tej wyprawie, zamiast mnie wyruszy moja siostra Issis. Twoim zadaniem będzie nie tyle, co przeprowadzenie ich przez Servię, co chronienie wyroczni, gdyż Issis bardzo dobrze zna równinę.
- Zdajecie sobie sprawę jak trudne będzie to zadanie?
- Owszem, jesteśmy świadomi niebezpieczeństwa.
Pokręciła głową.
- Przecież to czyste szaleństwo! Jeszcze nikomu nie udało się przebyć Servii.
- Będziesz miała okazję zostania pierwszą osobą, która tego dokonała. Naprawdę, nalegam abyś rozważyła moją prośbę.
Westchnęła i znieruchomiała na chwilę w zamyśleniu. W jej głowie zaczęło się naraz pojawiać jeszcze więcej myśli, tak, że w końcu z trudem je odpychałam.
- Dobrze więc - odrzekła poważnie - Kiedy to ma nastąpić?
- Dosiądź konia i wypatruj ich za 3 dni przy północno-zachodniej granicy.
Obudziłam się gwałtownie. Czułam się jakby ktoś oblał mnie na powitanie lodowatą wodą. Ujrzałam nad sobą Posłańca. Pomachał mi na pożegnanie i zniknął. Powoli podniosłam się z łoża. Odgarnęłam włosy i zaczęłam analizować sen i utożsamiać go z obecnością Posłańca. jego przybycie nie świadczyło raczej o niczym dobrym. Ubrałam się w dzienne szaty i poczęłam nerwowo kręcić się po pokoju. Nie podobało mi się to, co się właśnie szykowało. Drzwi otworzyły się z hukiem i do pokoju wpadła siostra. Przez ułamek sekundy zobaczyłam przymrożoną do podłogi Jaelithe. Ale nie ona jest teraz naszym najważniejszym zmartwieniem.
- Posłaniec - zaczęłam ze spuszczonym wzrokiem - mi również wszystko wiadomo.
Zatoczyłam nerwowo jeszcze parę kółek po pokoju, aż w końcu westchnęłam i oparłam się na dłoniach o blat stołu. Spojrzałam Issis głęboko w oczy.
- Musisz ziścić przepowiednię i złamać klątwę.
- Co? Dlaczego ja?! - oburzyła się - Przecież była mowa, ze obydwie musimy ją złamać.
- Ja już swoją część wypełniłam. - powiedziałam usprawiedliwiając się.
- Powiedziała osoba, która ściągnęła klątwę.
- Odezwała się ta, która nie kiwnęła nawet palcem by ratować świat.
Ja przynajmniej po tym co TY - wypowiedziała to słowo ze zbędnym naciskiem - zrobiłaś, nie wylegiwałam się w pałacach, zamiast ciężko harować na odnowienie świata.
- Ej - zganiłam ją - przypominam ci ze jestem starsza. - może nie był to najodpowiedniejszy argument, ale jak widać podziałał
- Ja przynajmniej jestem mądrzejsza - odparła opyskliwie - Przynajmniej na tyle, żeby nie ratować zniszczonego już świata ściągając na niego niszczycielską klątwę.
'Siostra nie wkurzaj mnie' - dodałam w myśli.
- I właśnie dlatego że jesteś taka mądra, ściągniesz nam wyrocznię - powiedziałam jak do 3 letniego dziecka - Jest jedna w powietrzu. Ma bardzo wiarygodne przepowiednie. Nie musimy się też martwić, o to, że to co zobaczy dotrze do niepowołanych uszu. Nie pamięta niczego z czasu trwania wizji. Niestety nie posiada daru panowania nad przestrzenią, jak my. Będziecie musiały przebyć trasę na piechotę. - powiedziałam przeczesując umysłem teren pod nami
- Że jak?! Siostra, przesadziłaś. Powietrze to przecież drugi kraniec krainy, w nieustannym marszu bez żadnych przeszkód wędrówka zajęłaby nam najkrócej 5 dni. Trzeba jeszcze oczywiście dodać parę dni na omijanie niebezpiecznych i przesyconych magią miejsc, aby wać pannie wyroczni nic się nie stało. Oczywiście nie możemy także pominąć Mordanu, który chociaż jest najpewniejszą drogą, to wiesz jaki jest niebezpieczny, nawet dla mnie, a co dopiero dla jakiegoś żółtodzioba? Piechotą ta wędrówka zajmie nam ponad tydzień! - wykrzyknęła.
Westchnęłam obmyślając jak najlepszą dla sytuacji strategię podróży.
- Dostaniecie konie. Wiesz że nie lubię korzystać zapasów materii twórczej , ale z uwagi na powagę sprawy stworzę z niej dla was dwa konie. Przybędą do was pierwszego dnia wędrówki. Najszybciej będzie, jeśli przebędziecie Zachodnią Równinę, a potem po wspięciu się na Górę Żywiołów, powędrujecie wysokimi szlakami Mordanu aż do lodowca.
- Jedyne słuszne słowa wypowiedziane przez ciebie tego dnia - wywarczała
- Udam, że nie słyszałam. A więc tak. Jak tylko konie do was dotrą wydrzecie galopem na południowy-wschód. Konie się nie męczą, więc powinnyście szybko dotrzeć do Zachodniej Równiny. Jako że leży na terenach mroku, skontaktuję się jeszcze dziś z Margo. Margaret nazywa Zachodnią Równinę Servią, myślę, że nie powinnaś mieć większych kłopotów z przebyciem jej, zwłaszcza, że w przeszłości często na niej bywałaś. Ale ze względu na grzeczność, poproszę Margo o pomoc w przeprawieniu się przez równinę, a dodatkowa eskorta dla wyroczni na pewno się przyda. Po Servii pożegnacie się z alfą mroku i ruszycie jak najszybciej w kierunku Góry Żywiołów. Od jej szczytu biegnie stary trakt, nie wiem, czy go pamiętasz, ale powinny się zachować resztki bitej drogi prosto w serce Mordanu. Tam zostawicie konie, opuszczą was i wrócą do mnie. Dalej ruszycie piechotą, myślę, że dalszą drogę powinnaś znać, Mordan to twoja działka. Jak dotrzecie do lodowca, daj młodej trochę czasu na zaaklimatyzowanie się. Jak będzie gotowa, wezwij mnie, abym mogła usłyszeć przepowiednię i ewentualnie pomóc w przygotowaniach. Ustalone?
- Jasne, mości pani - skłoniła się głęboko.
- Zanim wyjdziesz odmróź Jaelithe. - wysapała przez zęby.
- Niech ci będzie - przewróciła oczami. - Ciao siostra.
Ukazała szereg białych strych zębów i rozpłynęła się w powietrzu. Jest chyba jedyna osobą potrafiącą doprowadzić mnie do szału. Dałam sobie chwilę na ochłonięcie po rozmowie po czym przeniosłam się do jaskini mroku, gdzie zgodnie z oczekiwaniami zastałam Margaret. Siedziała na gigantycznym fotelu z założonymi na prawie całym ciele opatrunkami i czytała książkę. W jej głowie kłębiło się sporo myśli i jeszcze więcej uczuć i chodź nie chciałam żadnej z nich słyszeć to i tak wszystkie natarczywie pchały mi się do głowy.
~ Głośno myślisz - przekazałam bez użycia słów, jak to zwykle czynimy.
Zaniepokojona obejrzała się po pokoju w końcu natrafiając wzrokiem na mnie.
~ Nie bój się - uniosłam delikatnie rękę, by ją uspokoić i uśmiechnęłam się ciepło - Wybacz, że niepokoję cię w takiej chwili, ale mam naprawdę ważną sprawę niecierpiącą zwłoki.
- Wybacz, ale czy mogłybyśmy rozmawiać za pomocą słów? To niezbyt przyjemne uczucie kiedy rozbrzmiewają bezpośrednio w twojej głowie i nie możesz zlokalizować ich źródła, chociaż rozmówca stoi przed tobą.
Zaśmiałam się perliście.
- Jak wolisz Margaret.
- Mów mi Margo.
- Jak wolisz Morgo.
- Jaka sprawa cię do mnie sprowadza? - zapytała pokazała gestem abym usiadła. Zaprzeczyłam głową.
- Postoję. Zacznę od początku, jednak nie dane ci jest poznać więcej szczegółów niż te, które ograniczają się do twojej roli. Z pewnych przyczyn musimy sprowadzić wyrocznię z terenów powietrza, do lodowca w Mordanie na terenach mrozu. Nie posiada ona daru panowania nad przestrzenią, więc musi przebyć całą trasę poruszając się o własnych siłach. Jako, że te tereny jeszcze nie są do końca bezpieczne, na naszej trasie znalazła się Zachodnia Równina, bądź jak ty ją nazywasz Servia.
- Czyli mam przeprowadzić was przez Servię?
Pokiwałam głową.
- Blisko, jednak nie będę uczestniczyła w tej wyprawie, zamiast mnie wyruszy moja siostra Issis. Twoim zadaniem będzie nie tyle, co przeprowadzenie ich przez Servię, co chronienie wyroczni, gdyż Issis bardzo dobrze zna równinę.
- Zdajecie sobie sprawę jak trudne będzie to zadanie?
- Owszem, jesteśmy świadomi niebezpieczeństwa.
Pokręciła głową.
- Przecież to czyste szaleństwo! Jeszcze nikomu nie udało się przebyć Servii.
- Będziesz miała okazję zostania pierwszą osobą, która tego dokonała. Naprawdę, nalegam abyś rozważyła moją prośbę.
Westchnęła i znieruchomiała na chwilę w zamyśleniu. W jej głowie zaczęło się naraz pojawiać jeszcze więcej myśli, tak, że w końcu z trudem je odpychałam.
- Dobrze więc - odrzekła poważnie - Kiedy to ma nastąpić?
- Dosiądź konia i wypatruj ich za 3 dni przy północno-zachodniej granicy.
(Wataha Mrozu) od Issis
Uciekałam przez las, ciężko dysząc odgarniałam rękami nieprzebytą gęstwinę. Ciernie kaleczyły moje ciało i rozdzierały ubrania. Słyszałam za sobą kroki. Przenikliwe wrzaski, ogłuszające piski i donośne wycie ze wszystkich stron. Gonili mnie. Byli coraz bliżej. Wybiegłam na polanę z trudem łapiąc powietrze. Dawno nie byłam zmuszona do tak wyczerpującego biegu. Płuca paliły mnie niemiłosiernie, a mięśnie nóg stanowczo odmawiały posłuszeństwa. Wtedy ujrzałam ją. Zakapturzoną postać stojącą na środku polany skąpaną w blasku księżyca. W ręce dzierżyła lśniący sztylet, kaptur zasłaniał oczy i nos postaci, a srebrne loki luźno spadały na jej ramiona. Biegłam w stronę postaci, która nawet nie drgnęła. Odgłosy wciąż się przybliżały. Zatrzymałam się tuż przed postacią.
- Elaine? - wysapałam - Co tutaj robisz?
Nie kryłam zdziwienia. Elaine już dawno nie żyła, zginęła ze wszystkimi w katastrofie.
- Wiesz po co tu przyszłam - szepnęła uspokajającym głosem przyjaciółka.
- Przecież to nie możliwe, tyle lat minęło...
- Dokładnie tyle, co miało minąć. Przepowiednia ma się wypełnić - ściągnęła kaptur i spojrzała na mnie smutnym wzrokiem - Już czas Issis, nadszedł czas żeby wyjść z ukrycia...
Na polanę wbiegła cała pogoń. Byli wszyscy bogowie, wielcy władcy, a także zwykłe wilki z przeszłości, wszyscy, którzy wtedy polegli.
- Czas, żeby się obudzić - kontynuowała - czas, aby przywrócić wszystko do życia, czas żeby wypełnić przepowiednię i zniszczyć klątwę raz na zawsze. Czas... - przerwała, a otaczające nas tłumy zgodnym chórem zadudniły słowa przepowiedni.
Chciałam uciec, zatkać uszy, zapaść się pod ziemię, cokolwiek byle by tego nie słyszeć. Już dawno zaczęłam wierzyć, że obędzie się bez tego co konieczne. A jednak. Kiedy życie zaczęło mi się układać, musieli przybyć i przypomnieć, że znowu będę zmuszona rozdrapać stare rany.
Tłum powtarzał słowa przepowiedni jak mantrę. Każde wypowiadane słowo przybierało na sile, aż w końcu przerodziło się niemożliwy do zniesienia krzyk.
- Stój, bo inaczej będę zmuszona cię zabić - warknęła - Tak właściwie to kim jesteś, aby tak bezczelnie ośmielać się wejść bez pozwolenia do naszego królestwa?!
Uśmiechnęłam się do niej z politowaniem.
- Dziecko... odłóż to bo się skaleczysz - powiedziałam słodkim melodyjnym głosem siląc się uprzejmość.
Waderka wściekła wykonała szarżę na mnie celując włócznią w moje serce. Gestem dłoni wytrąciłam jej włócznię z rąk i zmusiłam siłą woli do bezwładnego padnięcia na podłogę. Spojrzała bezsilnie na mnie. Delikatnie przymroziłam ją do podłoża.
- Nie chciałam tego robić, ale mnie zmusiłaś - rzuciłam na odchodne.
Z impetem otworzyłam drzwi komnaty siostry. Chodziła nerwowo po pokoju.
- Posłaniec - zaczęła nawet na mnie nie spojrzawszy - mi również wszystko wiadomo.
Pokręciła się jeszcze trochę po pokoju, po czym ciężko westchnęła i oparła się rękami o blat stołu. Spojrzała mi głęboko w oczy.
- Musisz ziścić przepowiednię i złamać klątwę.
- Co? Dlaczego ja?! - oburzyłam się - Przecież była mowa, ze obydwie musimy ją złamać.
- Ja już swoją część wypełniłam.
- Powiedziała osoba, która ściągnęła klątwę.
- Odezwała się ta, która nie kiwnęła nawet palcem by ratować świat.
- Ja przynajmniej po tym co TY zrobiłaś, nie wylegiwałam się w pałacach, zamiast ciężko harować na odnowienie świata.
- Ej - zganiła mnie - przypominam ci ze jestem starsza.
- Ja przynajmniej jestem mądrzejsza - odgryzłam się siostrze - Przynajmniej na tyle, żeby nie ratować zniszczonego już świata ściągając na niego niszczycielską klątwę.
Przyznaję, może lekko przesadziłam z ironią.
- I właśnie dlatego że jesteś taka mądra, ściągniesz nam wyrocznię - droczyła się ze mną - Jest jedna w powietrzu. Ma bardzo wiarygodne przepowiednie. Nie musimy się też martwić, o to, że to co zobaczy dotrze do niepowołanych uszu. Nie pamięta niczego z czasu trwania wizji. Niestety nie posiada daru panowania nad przestrzenią, jak my. Będziecie musiały przebyć trasę na piechotę.
- Że jak?! Siostra, przesadziłaś. Powietrze to przecież drugi kraniec krainy, w nieustannym marszu bez żadnych przeszkód wędrówka zajęłaby nam najkrócej 5 dni. Trzeba jeszcze oczywiście dodać parę dni na omijanie niebezpiecznych i przesyconych magią miejsc, aby wać pannie wyroczni nic się nie stało. Oczywiście nie możemy także pominąć Mordanu, który chociaż jest najpewniejszą drogą, to wiesz jaki jest niebezpieczny, nawet dla mnie, a co dopiero dla jakiegoś żółtodzioba? Piechotą ta wędrówka zajmie nam ponad tydzień! - wykrzyknęłam wściekła.
Siostra po raz kolejny głęboko westchnęłam.
- Dostaniecie konie. Wiesz że nie lubię korzystać zapasów materii twórczej , ale z uwagi na powagę sprawy stworzę z niej dla was dwa konie. Przybędą do was pierwszego dnia wędrówki. Najszybciej będzie, jeśli przebędziecie Zachodnią Równinę, a potem po wspięciu się na Górę Żywiołów, powędrujecie wysokimi szlakami Mordanu aż do lodowca.
- Jedyne słuszne słowa wypowiedziane przez ciebie tego dnia - burknęłam pod nosem.
- Udam, że nie słyszałam. A więc tak. Jak tylko konie do was dotrą wydrzecie galopem na południowy-wschód. Konie się nie męczą, więc powinnyście szybko dotrzeć do Zachodniej Równiny. Jako że leży na terenach mroku, skontaktuję się jeszcze dziś z Margo. Margaret nazywa Zachodnią Równinę Servią, myślę, że nie powinnaś mieć większych kłopotów z przebyciem jej, zwłaszcza, że w przeszłości często na niej bywałaś. Ale ze względu na grzeczność, poproszę Margo o pomoc w przeprawieniu się przez równinę, a dodatkowa eskorta dla wyroczni na pewno się przyda. Po Servii pożegnacie się z alfą mroku i ruszycie jak najszybciej w kierunku Góry Żywiołów. Od jej szczytu biegnie stary trakt, nie wiem, czy go pamiętasz, ale powinny się zachować resztki bitej drogi prosto w serce Mordanu. Tam zostawicie konie, opuszczą was i wrócą do mnie. Dalej ruszycie piechotą, myślę, że dalszą drogę powinnaś znać, Mordan to twoja działka. Jak dotrzecie do lodowca, daj młodej trochę czasu na zaaklimatyzowanie się. Jak będzie gotowa, wezwij mnie, abym mogła usłyszeć przepowiednię i ewentualnie pomóc w przygotowaniach. Ustalone?
- Jasne, mości pani - powiedział z szerokim uśmiechem i teatralnie się skłoniłam.
- Zanim wyjdziesz odmróź Jaelithe.
Przewróciłam oczami.
- Niech ci będzie - wywarczałam i puściłam z objęć lodu dziewczynę. - Ciao siostra.
Wyszczerzyłam zęby w szerokim uśmiechu i zniknęłam się do mnie.
- Elaine? - wysapałam - Co tutaj robisz?
Nie kryłam zdziwienia. Elaine już dawno nie żyła, zginęła ze wszystkimi w katastrofie.
- Wiesz po co tu przyszłam - szepnęła uspokajającym głosem przyjaciółka.
- Przecież to nie możliwe, tyle lat minęło...
- Dokładnie tyle, co miało minąć. Przepowiednia ma się wypełnić - ściągnęła kaptur i spojrzała na mnie smutnym wzrokiem - Już czas Issis, nadszedł czas żeby wyjść z ukrycia...
Na polanę wbiegła cała pogoń. Byli wszyscy bogowie, wielcy władcy, a także zwykłe wilki z przeszłości, wszyscy, którzy wtedy polegli.
- Czas, żeby się obudzić - kontynuowała - czas, aby przywrócić wszystko do życia, czas żeby wypełnić przepowiednię i zniszczyć klątwę raz na zawsze. Czas... - przerwała, a otaczające nas tłumy zgodnym chórem zadudniły słowa przepowiedni.
Chciałam uciec, zatkać uszy, zapaść się pod ziemię, cokolwiek byle by tego nie słyszeć. Już dawno zaczęłam wierzyć, że obędzie się bez tego co konieczne. A jednak. Kiedy życie zaczęło mi się układać, musieli przybyć i przypomnieć, że znowu będę zmuszona rozdrapać stare rany.
Tłum powtarzał słowa przepowiedni jak mantrę. Każde wypowiadane słowo przybierało na sile, aż w końcu przerodziło się niemożliwy do zniesienia krzyk.
***
Obudziłam się zlana potem gwałtownie łapiąc powietrze. Spojrzałam nad siebie i zobaczyłam pochylonego nad sobą Posłańca. Zimna czerń jego oczu nie zdradzała żadnych śladów jakiejkolwiek osobowości, czy wyższej inteligencji, a usta ułożyły się w ponury uśmiech. Oszołomiona przyjrzałam się mu uważnie, po czym wybiegł z mojego pokoju z niewyobrażalną prędkością zostawiając za sobą czarną smugę. Podniosłam się z podłogi i otrzepałam z przylegających do skóry kawałków szkła. Nie miałam pojęcia ile spałam, ale jak na moje kiepskie poczucie czasu, mogło upłynąć nawet kilka dni. Zmrużyłam oczy i złapałam się za głowę, okropnie mnie bolała - spotkania z Posłańcami nie należą do najprzyjemniejszych. Hmm... skoro bogowie wysłali Posłańca, wygląda na to, że trzeba się wziąć za sprawę na poważnie. Muszę pogadać z Avril i znaleźć wyrocznię.Przeniosłam się do pałacyku królowej niebios i bez zbędnych ceregieli pomaszerowałam twardym krokiem ku jej komnacie. Ze zobojętnieniem przeszłam koło leżącej na korytarzu drobnej wadery patrzącej na mnie wielkim oczami. Gdy ją minęłam gwałtownie poderwała się i wściekle warcząc zagrodziła mi drogę. Nie zwróciłam na nią większej uwagi, po prostu dalej szłam do przodu w żwawym tempie. Wadera powoli cofała się do tyłu, aż w końcu przybrała ludzką postać i wycelowała we mnie okropnie otrą włócznią.- Stój, bo inaczej będę zmuszona cię zabić - warknęła - Tak właściwie to kim jesteś, aby tak bezczelnie ośmielać się wejść bez pozwolenia do naszego królestwa?!
Uśmiechnęłam się do niej z politowaniem.
- Dziecko... odłóż to bo się skaleczysz - powiedziałam słodkim melodyjnym głosem siląc się uprzejmość.
Waderka wściekła wykonała szarżę na mnie celując włócznią w moje serce. Gestem dłoni wytrąciłam jej włócznię z rąk i zmusiłam siłą woli do bezwładnego padnięcia na podłogę. Spojrzała bezsilnie na mnie. Delikatnie przymroziłam ją do podłoża.
- Nie chciałam tego robić, ale mnie zmusiłaś - rzuciłam na odchodne.
Z impetem otworzyłam drzwi komnaty siostry. Chodziła nerwowo po pokoju.
- Posłaniec - zaczęła nawet na mnie nie spojrzawszy - mi również wszystko wiadomo.
Pokręciła się jeszcze trochę po pokoju, po czym ciężko westchnęła i oparła się rękami o blat stołu. Spojrzała mi głęboko w oczy.
- Musisz ziścić przepowiednię i złamać klątwę.
- Co? Dlaczego ja?! - oburzyłam się - Przecież była mowa, ze obydwie musimy ją złamać.
- Ja już swoją część wypełniłam.
- Powiedziała osoba, która ściągnęła klątwę.
- Odezwała się ta, która nie kiwnęła nawet palcem by ratować świat.
- Ja przynajmniej po tym co TY zrobiłaś, nie wylegiwałam się w pałacach, zamiast ciężko harować na odnowienie świata.
- Ej - zganiła mnie - przypominam ci ze jestem starsza.
- Ja przynajmniej jestem mądrzejsza - odgryzłam się siostrze - Przynajmniej na tyle, żeby nie ratować zniszczonego już świata ściągając na niego niszczycielską klątwę.
Przyznaję, może lekko przesadziłam z ironią.
- I właśnie dlatego że jesteś taka mądra, ściągniesz nam wyrocznię - droczyła się ze mną - Jest jedna w powietrzu. Ma bardzo wiarygodne przepowiednie. Nie musimy się też martwić, o to, że to co zobaczy dotrze do niepowołanych uszu. Nie pamięta niczego z czasu trwania wizji. Niestety nie posiada daru panowania nad przestrzenią, jak my. Będziecie musiały przebyć trasę na piechotę.
- Że jak?! Siostra, przesadziłaś. Powietrze to przecież drugi kraniec krainy, w nieustannym marszu bez żadnych przeszkód wędrówka zajęłaby nam najkrócej 5 dni. Trzeba jeszcze oczywiście dodać parę dni na omijanie niebezpiecznych i przesyconych magią miejsc, aby wać pannie wyroczni nic się nie stało. Oczywiście nie możemy także pominąć Mordanu, który chociaż jest najpewniejszą drogą, to wiesz jaki jest niebezpieczny, nawet dla mnie, a co dopiero dla jakiegoś żółtodzioba? Piechotą ta wędrówka zajmie nam ponad tydzień! - wykrzyknęłam wściekła.
Siostra po raz kolejny głęboko westchnęłam.
- Dostaniecie konie. Wiesz że nie lubię korzystać zapasów materii twórczej , ale z uwagi na powagę sprawy stworzę z niej dla was dwa konie. Przybędą do was pierwszego dnia wędrówki. Najszybciej będzie, jeśli przebędziecie Zachodnią Równinę, a potem po wspięciu się na Górę Żywiołów, powędrujecie wysokimi szlakami Mordanu aż do lodowca.
- Jedyne słuszne słowa wypowiedziane przez ciebie tego dnia - burknęłam pod nosem.
- Udam, że nie słyszałam. A więc tak. Jak tylko konie do was dotrą wydrzecie galopem na południowy-wschód. Konie się nie męczą, więc powinnyście szybko dotrzeć do Zachodniej Równiny. Jako że leży na terenach mroku, skontaktuję się jeszcze dziś z Margo. Margaret nazywa Zachodnią Równinę Servią, myślę, że nie powinnaś mieć większych kłopotów z przebyciem jej, zwłaszcza, że w przeszłości często na niej bywałaś. Ale ze względu na grzeczność, poproszę Margo o pomoc w przeprawieniu się przez równinę, a dodatkowa eskorta dla wyroczni na pewno się przyda. Po Servii pożegnacie się z alfą mroku i ruszycie jak najszybciej w kierunku Góry Żywiołów. Od jej szczytu biegnie stary trakt, nie wiem, czy go pamiętasz, ale powinny się zachować resztki bitej drogi prosto w serce Mordanu. Tam zostawicie konie, opuszczą was i wrócą do mnie. Dalej ruszycie piechotą, myślę, że dalszą drogę powinnaś znać, Mordan to twoja działka. Jak dotrzecie do lodowca, daj młodej trochę czasu na zaaklimatyzowanie się. Jak będzie gotowa, wezwij mnie, abym mogła usłyszeć przepowiednię i ewentualnie pomóc w przygotowaniach. Ustalone?
- Jasne, mości pani - powiedział z szerokim uśmiechem i teatralnie się skłoniłam.
- Zanim wyjdziesz odmróź Jaelithe.
Przewróciłam oczami.
- Niech ci będzie - wywarczałam i puściłam z objęć lodu dziewczynę. - Ciao siostra.
Wyszczerzyłam zęby w szerokim uśmiechu i zniknęłam się do mnie.
niedziela, 22 grudnia 2013
(Wataha Powietrza) Od Ahri
Siedziałam związana w głębi celi. Od paru godzin nic się nie działo. Rozmyślałam nad tym, co się stało w nocy. Pamiętałam potwora, wilka i krzaki... Wiedziałam, że w którymś momencie zemdlałam, a gdy się przebudziłam ktoś niósł mnie na rękach. Nie był to żaden członek watahy. Nadal trochę nieprzytomna rozglądałam się dookoła, by jak najwięcej zapamiętać. Gdy stwór, który mnie niósł, wreszcie doszedł do jakiegoś zamczyska, rzucił mnie boleśnie na ziemię.
- Zabrać ją do celi, ona zna chłopaka - powiedział do strażników przy bramie.
- Tak jest! - odpowiedzieli. Związali mi mocno ręce i wrzucili do lochu. Byłam bezradna, nie mogłam nic zrobić. "Znam jakiegoś chłopaka?" przypomniałam sobie słowa stwora. Nagle mnie olśniło. Pewnie chodzi im o Danny'ego. Doszłam do takiego wniosku i już nie miałam pomysłu, o czym mysleć. Przesiedziałam długie godziny zamknięta i wsłuchująca się w głosy innych. Z tego transu obudził mnie głos Aulidy w głowie:
- Ahri? Danny? Gdzie jesteście?
- W zamku - odpowiedziałam ucieszona.
- Jakim?? Jak tam dojść?
- Nie wiem... Pamiętam tylko, że przy drodze były brzozy, niektóre ususzone. Porwał mnie jakiś stwór, kiedy Cię nie było.
- Dobrze, nie martw się. Uwolnię ciebie i Danny'ego.
Dalej nasłuchiwałam jej głosu, ale już się nie odzywała. Westchnęłam ciężko. Kolejne godziny czekania... Po upływie kilku godzin, usłyszałam przy drzwiach celi szuranie. Momentalnie oprzytomniałam, wyczekując otworzenia się drzwi. Do lochu weszła Aulida. Szybko mnie rozwiązała. Podziękowałam jej, lecz nagle zobaczyłam ranę na jej boku.
- To ty byłaś tą wilczycą! Ale wyglądałaś nieco inaczej...
- Wiem, bo byłam pod postacią demona ale oddała mi władzę nad ciałem.
- To świetnie teraz pora odnaleźć Danny'ego!
Obie zgodne pobiegłyśmy poszukać chłopaka. Kiedy wybiegłyśmy po cichu z mojej celi, usłyszałyśmy kroki i rozmowę.
- Schowajmy się - szepnęła Aulida i nagle zniknęła z mojego pola widzenia. "Świetnie, prawie wszyscy w watasze umieją być niewidzialni" uśmiechnęłam się. Zrobiłam tak jak Aulida i obie byłyśmy teraz nie widoczne. W tym samym momencie do korytarza, w którym się znajdowałyśmy, weszli trzej uzbrojeni strażnicy. Rozmawiali o chłopaku.
- On w ogóle nie chcę mówić! Władza kazała mi go do tego zmusić, lecz mimo prób, nie udało się. Co mam zrobić?! - wyżalał się jeden z nich.
- Mówiłeś wcześniej, że mamy jego koleżankę, co nie? Może by tak zagrozić mu, że jak dalej będzie stawiał opór, to coś się jej stanie? - podpowiedział drugi.
- Ale mamy zakaz zbliżania się do tej dziewczyny...
- Przecież chłopak nie musi tego wiedzieć.
- Chytrze! Chodźmy od razu do niego.
Gdy strażnicy zniknęli za kolejnymi drzwiami, stałyśmy się widzialne.
- Chodzi im o Danny'ego! Co teraz? - spytała Aulida.
- Śledzimy strażników, a doprowadzą nas do niego - odparłam. I tak zrobiłyśmy. Znów stałyśmy się niewidzialne i skierowałyśmy się w stronę korytarza, którym poszły stwory. Dalej rozmawiały o super pomyśle jednego z nich. Wreszcie doszli do drzwi. Gdy je otworzyli, wykorzystałyśmy sytuację i weszłyśmy do środka. W pomieszczeniu dostrzegłyśmy Danny'ego przywiązanego do krzesła, a nad nim cztery Czarty.
- Zadam pytanie jeszcze raz. Co zrobiliście z wiedźmą, gdzie ją ukryliście? - zapytał jeden z nich. Spojrzałam na twarz Danny'ego. Wyrażała obojętność.
- Zwariuję tutaj! - zdenerwował się pytający, po długiej chwili ciszy.
- Przepraszam, ale ja się tym zajmę... - powiedział strażnik, którego śledziłyśmy. Podszedł do chłopaka i szepnął mu coś do ucha. Przez chwilę wydawało mi się, że w jego oczach widzę strach. Nagle Aulida, dalej niewidoczna, poszła za krzesło Danny'ego, wyjęła scyzoryk z ubrania i zaczęła piłować więzy. Chłopak był spokojny. Musiał czuć, że ktoś go uwalnia, więc znów przyjął obojętną twarz.
- Mówiłem już, że nic nie wiem - po słowach chłopaka, spojrzałam na potwory dookoła. Wyglądały już na solidnie wkurzone. Niespodziewanie usłyszałam w głowie głos Danny'ego:
- Dzięki, że po mnie przyszłyście - zdziwiłam się, bo nie mógł wiedzieć, że jesteśmy w dwójkę.
- Nie mogłyśmy cię tak zostawić.
- Mogłyście... Mam dla ciebie bardzo ważne zadanie - spojrzałam na niego ciekawie. - Za ostatnim potworem znajduje się włącznik i wyłącznik prądu. Kiedy go wciśniesz, wszystkie światła zgasną, co wprowadzi zamieszanie. Aulidę poproszę, by otworzyła drzwi, a gdy wybuchnie już awantura, to ja za pomocą telekinezy przeniosę nas na korytarz. Zrozumiałaś?
- Tak, chyba tak...
- To poczekaj, aż dam ci sygnał.
Głos ustał, a ja przygotowywałam się do przejścia na drugą stronę pomieszczenia koło siedmiu potworów. Po chwili Danny kiwnął do mnie głową. Ruszyłam po cichu do ściany. Ciekawe skąd Danny wiedział, w którym miejscu się znajduję, bo przy dawaniu sygnału, popatrzył się na mnie. Nie miałam jednak czasu na rozmyślanie. Doszłam szybko do włącznika i poczekałam, aż Aulida otworzy lekko drzwi. Wtedy nacisnęłam guzik... Poczułam, jak przenoszę się w powietrzu. Kolejny powód do podziwiania Danny'ego. Potrafił przenieść naszą trójkę do korytarza w całkowitych ciemnościach. Dokładnie wtedy kiedy dotknęliśmy podłogi stopami, światło zostało włączone. Danny też stał się niewidzialny i szybko ruszyliśmy w stronę wyjścia. Po krótkiej chwili byliśmy już na zewnątrz i skierowaliśmy się w stronę pobliskiego lasu. Gdy tam dobiegliśmy, staliśmy się widoczni.
- Udało się - uśmiechnęłam się do nich, ciężko sapiąc po biegu.
- Tak, na szczęście wydostaliśmy się - Aulida odwzajemniła uśmiech.
- Mam takie jedno pytanie... - zaczął Danny. Spojrzałyśmy na niego w oczekiwaniu. - O jaką wiedźmę im chodziło?
Popatrzył się znacząco na Aulidę, jakby już wszystko wiedział. Stałam nieruchomo, czekając aż dziewczyna coś wymyśli. Ja nic nie mogłam powiedzieć, bo obiecałam Alfie, że nie powiem prawdy o niej nikomu...
- Zabrać ją do celi, ona zna chłopaka - powiedział do strażników przy bramie.
- Tak jest! - odpowiedzieli. Związali mi mocno ręce i wrzucili do lochu. Byłam bezradna, nie mogłam nic zrobić. "Znam jakiegoś chłopaka?" przypomniałam sobie słowa stwora. Nagle mnie olśniło. Pewnie chodzi im o Danny'ego. Doszłam do takiego wniosku i już nie miałam pomysłu, o czym mysleć. Przesiedziałam długie godziny zamknięta i wsłuchująca się w głosy innych. Z tego transu obudził mnie głos Aulidy w głowie:
- Ahri? Danny? Gdzie jesteście?
- W zamku - odpowiedziałam ucieszona.
- Jakim?? Jak tam dojść?
- Nie wiem... Pamiętam tylko, że przy drodze były brzozy, niektóre ususzone. Porwał mnie jakiś stwór, kiedy Cię nie było.
- Dobrze, nie martw się. Uwolnię ciebie i Danny'ego.
Dalej nasłuchiwałam jej głosu, ale już się nie odzywała. Westchnęłam ciężko. Kolejne godziny czekania... Po upływie kilku godzin, usłyszałam przy drzwiach celi szuranie. Momentalnie oprzytomniałam, wyczekując otworzenia się drzwi. Do lochu weszła Aulida. Szybko mnie rozwiązała. Podziękowałam jej, lecz nagle zobaczyłam ranę na jej boku.
- To ty byłaś tą wilczycą! Ale wyglądałaś nieco inaczej...
- Wiem, bo byłam pod postacią demona ale oddała mi władzę nad ciałem.
- To świetnie teraz pora odnaleźć Danny'ego!
Obie zgodne pobiegłyśmy poszukać chłopaka. Kiedy wybiegłyśmy po cichu z mojej celi, usłyszałyśmy kroki i rozmowę.
- Schowajmy się - szepnęła Aulida i nagle zniknęła z mojego pola widzenia. "Świetnie, prawie wszyscy w watasze umieją być niewidzialni" uśmiechnęłam się. Zrobiłam tak jak Aulida i obie byłyśmy teraz nie widoczne. W tym samym momencie do korytarza, w którym się znajdowałyśmy, weszli trzej uzbrojeni strażnicy. Rozmawiali o chłopaku.
- On w ogóle nie chcę mówić! Władza kazała mi go do tego zmusić, lecz mimo prób, nie udało się. Co mam zrobić?! - wyżalał się jeden z nich.
- Mówiłeś wcześniej, że mamy jego koleżankę, co nie? Może by tak zagrozić mu, że jak dalej będzie stawiał opór, to coś się jej stanie? - podpowiedział drugi.
- Ale mamy zakaz zbliżania się do tej dziewczyny...
- Przecież chłopak nie musi tego wiedzieć.
- Chytrze! Chodźmy od razu do niego.
Gdy strażnicy zniknęli za kolejnymi drzwiami, stałyśmy się widzialne.
- Chodzi im o Danny'ego! Co teraz? - spytała Aulida.
- Śledzimy strażników, a doprowadzą nas do niego - odparłam. I tak zrobiłyśmy. Znów stałyśmy się niewidzialne i skierowałyśmy się w stronę korytarza, którym poszły stwory. Dalej rozmawiały o super pomyśle jednego z nich. Wreszcie doszli do drzwi. Gdy je otworzyli, wykorzystałyśmy sytuację i weszłyśmy do środka. W pomieszczeniu dostrzegłyśmy Danny'ego przywiązanego do krzesła, a nad nim cztery Czarty.
- Zadam pytanie jeszcze raz. Co zrobiliście z wiedźmą, gdzie ją ukryliście? - zapytał jeden z nich. Spojrzałam na twarz Danny'ego. Wyrażała obojętność.
- Zwariuję tutaj! - zdenerwował się pytający, po długiej chwili ciszy.
- Przepraszam, ale ja się tym zajmę... - powiedział strażnik, którego śledziłyśmy. Podszedł do chłopaka i szepnął mu coś do ucha. Przez chwilę wydawało mi się, że w jego oczach widzę strach. Nagle Aulida, dalej niewidoczna, poszła za krzesło Danny'ego, wyjęła scyzoryk z ubrania i zaczęła piłować więzy. Chłopak był spokojny. Musiał czuć, że ktoś go uwalnia, więc znów przyjął obojętną twarz.
- Mówiłem już, że nic nie wiem - po słowach chłopaka, spojrzałam na potwory dookoła. Wyglądały już na solidnie wkurzone. Niespodziewanie usłyszałam w głowie głos Danny'ego:
- Dzięki, że po mnie przyszłyście - zdziwiłam się, bo nie mógł wiedzieć, że jesteśmy w dwójkę.
- Nie mogłyśmy cię tak zostawić.
- Mogłyście... Mam dla ciebie bardzo ważne zadanie - spojrzałam na niego ciekawie. - Za ostatnim potworem znajduje się włącznik i wyłącznik prądu. Kiedy go wciśniesz, wszystkie światła zgasną, co wprowadzi zamieszanie. Aulidę poproszę, by otworzyła drzwi, a gdy wybuchnie już awantura, to ja za pomocą telekinezy przeniosę nas na korytarz. Zrozumiałaś?
- Tak, chyba tak...
- To poczekaj, aż dam ci sygnał.
Głos ustał, a ja przygotowywałam się do przejścia na drugą stronę pomieszczenia koło siedmiu potworów. Po chwili Danny kiwnął do mnie głową. Ruszyłam po cichu do ściany. Ciekawe skąd Danny wiedział, w którym miejscu się znajduję, bo przy dawaniu sygnału, popatrzył się na mnie. Nie miałam jednak czasu na rozmyślanie. Doszłam szybko do włącznika i poczekałam, aż Aulida otworzy lekko drzwi. Wtedy nacisnęłam guzik... Poczułam, jak przenoszę się w powietrzu. Kolejny powód do podziwiania Danny'ego. Potrafił przenieść naszą trójkę do korytarza w całkowitych ciemnościach. Dokładnie wtedy kiedy dotknęliśmy podłogi stopami, światło zostało włączone. Danny też stał się niewidzialny i szybko ruszyliśmy w stronę wyjścia. Po krótkiej chwili byliśmy już na zewnątrz i skierowaliśmy się w stronę pobliskiego lasu. Gdy tam dobiegliśmy, staliśmy się widoczni.
- Udało się - uśmiechnęłam się do nich, ciężko sapiąc po biegu.
- Tak, na szczęście wydostaliśmy się - Aulida odwzajemniła uśmiech.
- Mam takie jedno pytanie... - zaczął Danny. Spojrzałyśmy na niego w oczekiwaniu. - O jaką wiedźmę im chodziło?
Popatrzył się znacząco na Aulidę, jakby już wszystko wiedział. Stałam nieruchomo, czekając aż dziewczyna coś wymyśli. Ja nic nie mogłam powiedzieć, bo obiecałam Alfie, że nie powiem prawdy o niej nikomu...
sobota, 21 grudnia 2013
(Wataha Powietrza) Od Aulidy
Obudziłam się późnym rankiem. Niby słońce świeciło, ale i tak było mi cholernie zimno. To pewnie przez moją ranę. Byłam w postaci wilka ale po chwili zmieniłam się w człowieka. Łapiąc się za lewy bok powoli wlokłam się do jaskini. Oby się nie domyślili kim jestem. Po jakiejś godzinie dotarłam do groty. Panowała tam istna pustka. W grocie wyczułam znajomą mi woń Yoko, reszty nie czułam. Nie oglądając się chciałam jak najszybciej opatrzyć ranę i poszukać zaginionych. Przez moją nieuwagę wpakowałam się na białowłosą.
Ona ze zdziwieniem się na mnie wpatrywała. Po chwili spostrzegła moją zabarwioną na czerwoną chustę. Po chwili ona zapytała:
- Co ci się stało?!
- Wypadek przy pracy...
- Taa jasne, chwila, to ten sam bok co dostał tamten wilk!
- Tak to ja nim byłam.
- Dlaczego nie chciałaś naszej pomocy?! Mogłaś zginąć!
- Ważne,że wy jesteście cali a tak apropo, gdzie reszta?
- Danny wrócił ze mną a Ahri zniknęła już wcześniej.
- Co?! Dobra zaraz się tym zajmę ale najpierw opatrzę se ranę.
Wadera przytaknęła, po czym poszła za mną. Weszłam do pokoju po czym podeszłam do stolika nocnego i wyjęłam z niego maść i bandaż. Wykonałam opatrunek po czym przycisnęłam do rany i zabandażowałam. Z szafy wyciągnęłam pierwszą z brzega. Zapakowałam prowiant, mikstury wszelkiego gatunku oraz sakwy z wodą. Miałam już wychodzić i wtedy Yoko mnie zaczepiła:
- Mogę iść z Tobą?
- Nie, zostań tutaj na wypadek gdyby wrócili, Flow z tobą zostanie.
- Dobrze...
Wybiegłam z jaskini. Nie mogłam jednak za bardzo się przemęczać bo rana nadal nie była zagojona. W moim stanie to powinno się leżeć w łóżku i dużo odpoczywać. Ja jednak nie mogę leżeć spokojnie wiedząc, że gdzieś tam moi przyjaciele są zagrożeni. Ja ich w to wciągnęłam to ja ich z tego wykaraskam. Po chwili zrozumiałam,że nie mam zielonego pojęcia gdzie ich szukać. Postanowiłam wysłać wiadomość do jednego z poszukiwanych. Odpowiedziała dziewczyna. Niewyraźnie podała mi współrzędne i kto ją porwał. A niech to ! Im się to chyba nigdy nie znudzi. Po pół dnia wędrówki doszłam do czarciego zamku. Teraz trzeba się tam dostać. Udało mi się tam wślizgnąć niezauważonej. Odnalazłam związana Ahri. Rozwiązałam ją a ona od razu zauważyła mój bok. No kurde czy on jest aż tak widoczny najwyraźniej tak:
- To ty byłaś tą wilczycą! Ale wyglądałaś nieco inaczej...
- Wiem bo byłam pod postacią demona ale oddała mi władzę nad ciałem.
- To świetnie teraz pora odnaleźć Danny'iego bo widziałam jak go gdzieś brali.
Obie zgodne pobiegłyśmy poszukać chłopaka.
Ona ze zdziwieniem się na mnie wpatrywała. Po chwili spostrzegła moją zabarwioną na czerwoną chustę. Po chwili ona zapytała:
- Co ci się stało?!
- Wypadek przy pracy...
- Taa jasne, chwila, to ten sam bok co dostał tamten wilk!
- Tak to ja nim byłam.
- Dlaczego nie chciałaś naszej pomocy?! Mogłaś zginąć!
- Ważne,że wy jesteście cali a tak apropo, gdzie reszta?
- Danny wrócił ze mną a Ahri zniknęła już wcześniej.
- Co?! Dobra zaraz się tym zajmę ale najpierw opatrzę se ranę.
Wadera przytaknęła, po czym poszła za mną. Weszłam do pokoju po czym podeszłam do stolika nocnego i wyjęłam z niego maść i bandaż. Wykonałam opatrunek po czym przycisnęłam do rany i zabandażowałam. Z szafy wyciągnęłam pierwszą z brzega. Zapakowałam prowiant, mikstury wszelkiego gatunku oraz sakwy z wodą. Miałam już wychodzić i wtedy Yoko mnie zaczepiła:
- Mogę iść z Tobą?
- Nie, zostań tutaj na wypadek gdyby wrócili, Flow z tobą zostanie.
- Dobrze...
Wybiegłam z jaskini. Nie mogłam jednak za bardzo się przemęczać bo rana nadal nie była zagojona. W moim stanie to powinno się leżeć w łóżku i dużo odpoczywać. Ja jednak nie mogę leżeć spokojnie wiedząc, że gdzieś tam moi przyjaciele są zagrożeni. Ja ich w to wciągnęłam to ja ich z tego wykaraskam. Po chwili zrozumiałam,że nie mam zielonego pojęcia gdzie ich szukać. Postanowiłam wysłać wiadomość do jednego z poszukiwanych. Odpowiedziała dziewczyna. Niewyraźnie podała mi współrzędne i kto ją porwał. A niech to ! Im się to chyba nigdy nie znudzi. Po pół dnia wędrówki doszłam do czarciego zamku. Teraz trzeba się tam dostać. Udało mi się tam wślizgnąć niezauważonej. Odnalazłam związana Ahri. Rozwiązałam ją a ona od razu zauważyła mój bok. No kurde czy on jest aż tak widoczny najwyraźniej tak:
- To ty byłaś tą wilczycą! Ale wyglądałaś nieco inaczej...
- Wiem bo byłam pod postacią demona ale oddała mi władzę nad ciałem.
- To świetnie teraz pora odnaleźć Danny'iego bo widziałam jak go gdzieś brali.
Obie zgodne pobiegłyśmy poszukać chłopaka.
piątek, 20 grudnia 2013
( Wataha Powietrza) Od Danny'iego
Wzruszyłem tylko ramionami i poszedłem zobaczyć, czy jest już Ahri albo Aulida. Nikogo jednak nie zastałem. Zwróciłem się, więc do swojego pokoju, by tam usiąść i pomyśleć. Gdy tam dotarłem, ten zapach nie dawał mi spokoju. "Trzeba wywietrzyć całą jaskinie" pomyślałem zatykając nos. Szkoda tylko, że w grocie nie ma okien... Poszedłem do kuchni, w której o dziwo najmniej cuchnęło. Posprzątałem rozbity dzbanek i starłem wodę z podłogi. Gdy było już w miarę czysto, usiadłem na jednym z krzeseł. A co z Ahri? Nie wróciła jeszcze do jaskini, więc może coś się jej stało? Postanowiłem wrócić do lasu, by jeszcze raz zobaczyć czy jej nie ma. Kiedy byłem już w korytarzu, coś mnie nagle złapało za rękę i zasłoniło usta. Przewróciłem oczami. "Znowu Yoko?"
- To nie Yoko, skarbie - usłyszałem za sobą przenikliwy, wysoki głosik, jednak należący do mężczyzny. Chciałem się odwrócić, lecz silne ramiona trzymały moje.
- A teraz pójdziesz ze mną. Pierwszy z naszych poległ, więc przyszedłem go pomścić - czyżby chodziło mu o tego co był tu wcześniej? Wszystko było możliwe...
- Pójdziesz po dobroci, czy mam użyć mniej przyjemnych środków? - "użyj mniej przyjemnych środków" pomyślałem i przewróciłem oczami.
- Jak chcesz... - powiedział. "Czytanie w myślach... On to potrafi" doszedłem do wniosku.
- Nareszcie się skapnąłeś.
- Możesz przestać mi czytać w myślach? To niezbyt miłe uczucie...
- Oczywiście, że nie przestanę - mimo, że stałem tyłem do kogoś kto mnie trzymał, to wyobrażałem sobie jego szeroki uśmiech.
- Widzę, że martwisz się o swoją koleżankę z drużyny? Ahri czy jakoś tak?
- Tak...
- To się nie martw. Jest już w jednej z naszych cel w podziemnej siedzibie.
- Ale mnie pocieszyłeś - prychnąłem. - Pewnie teraz i mnie tam zabierzesz?
- Zgadłeś, ale teraz tak jak wybrałeś, użyje mniej przyjemnych środków...
- Czekaj, ja tego nie wybrałem! - zawołałem, jednak było już za późno. Po raz drugi w tym dniu (a właściwie w nocy) poczułem się słabo, a po chwili upadłem, zasypiając.
(Wataha Powietrza) Od Danny'iego
Po godzinie grania w Dzika, wreszcie to się nam znudziło. Byliśmy wyczerpani, więc siedzieliśmy na dywanie w ciszy. Po chwili usłyszeliśmy hałas w korytarzu. Zrobiłem się niewidzialny i wyszedłem cichutko zobaczyć co się dzieje. Zauważyłem coś, co chodziło po pomieszczeniach. Okazało się, że był to jakiś potwór. Śledziłem go przez chwilę, aż doszedł do kuchni. Było tylko jedno wejście i wyjście do niej, więc to idealne miejsce na zaatakowanie. Zakradłem się za jego plecy, po czym rzuciłem się na niego. Wystraszony potwór odwrócił się tak gwałtownie, że strącił dzbanek z wodą.
- Kto tu jest? - zapytał zachrypniętym głosem. Zdałem sobie sprawę, że dalej jestem niewidzialny. Żeby mieć dalej honor, przemieniłem się, by mógł mnie zobaczyć. Stwór zawarczał na mój widok i rzucił się na mnie. Zrobiłem unik, i uderzyłem go w splot słoneczny. Potwór zawył z bólu i upadł na kolana.
- Kim jesteś? - zapytałem. Stwór spojrzał na mnie, po czym się zaśmiał.
- Myślisz, że ci powiem?
- Nie wiem, ale zawsze warto spróbować.
- Nie zawsze... - spojrzałem na potwora, który wydawał się smutniejszy, niż chwilę temu. Wtedy stwór wykorzystując moment mojej nieuwagi, rzucił się na mnie i zaczął drapać. "Dość tego honoru, trzeba działać" pomyślałem i stałem się niewidzialny. Zdezorientowany przeciwnik nie wiedział co zrobić. Nagle usłyszeliśmy hałas na korytarzu, jakby ktoś wpadł na coś. Zacząłem przyglądać się drzwiom, czy ktoś z nich nie wyjdzie, ale to był błąd. Potwór zaczął na ślepo łapać powietrze, a po chwili chwycił mnie za gardło. Nagle do kuchni weszła Ahri i rzuciła w stwora kulą powietrza. Kula (szczęściem) mnie ominęła, ale kiedy potwór mnie puścił, spadłem na ziemię, a w moją rękę wbił się duży odłamek rozbitego dzbanka. Upadek był tak mocny, że nie mogłem wyjąć kawałka z ręki, bo za daleko się wbił. Szybko traciłem siły, lecz w końcu udało mi się wyciągnąć szkło. W tym samym czasie potwór wstał z ziemi i stanął kilka kroków ode mnie. Nadal mnie nie widział. Niespodziewanie przeleciał przez kuchnię, uderzył głową o stół i stracił przytomność. Zauważyłem, że to Ahri go tak załatwiła. Po chwili uklęknęła przy mnie.
- Bardzo cię boli? - zapytała, trzymając delikatnie moją rękę. Kiwnąłem głową, bo strasznie mnie piekła i zaczynałem tracić w niej czucie. Ahri zaczęła mnie leczyć, aż nagle odezwała się Yoko:
- Co tu się właśnie stało? - spytała zdumiona. Dziewczyna z ogonami stała się widzialna i odwróciła się do Yoko, by jej odpowiedzieć. Białowłosa jednak ją uprzedziła:
- C-co to było? - zaczęła się jąkać.
- Potrafię stawać się niewidzialna - odparła Ahri
- Aha... Co ty robisz?
- Leczę Danny'ego - Po tych słowach spojrzała na mnie, a ja przypomniałem sobie, że jestem dalej niewidzialny.
- Hęę..? - zdziwiła się. Znów stała się niewidzialna i zaczęła mnie leczyć. Po krótkiej chwili nie miałem ani śladu zadrapania. Wstałem powoli i przemieniłem się z powrotem, by Yoko mogła mnie zauważyć. Ahri zrobiła to samo, a Yoko otworzyła szeroko usta.
- WoW. Czegoś takiego to ja nie widziałam - pokręciła głową.
- Ale wszystko dobrze się skończyło - uśmiechnęła się Czarnowłosa, lecz nagle jej uśmiech zbladł. Odwróciła się w stołu i znieruchomiała.
- Gdzie on się podz... - nie dokończyła, bo nagle potwór pojawił się znikąd i chwycił ją za rękę.
- Gdzie ONA jest? - usłyszeliśmy skrzeczący głos. Spojrzała na mnie i na Yoko. Byliśmy zdziwieni nagłym pojawieniem się potwora i nie mogliśmy nic zrobić, bo mógłby skrzywdzić Ahri.
- Kto? - spytała Yoko.
- WIEDŹMA - powiedział potwór.
- Nie rozumiem - pokręciłem głową zgodnie z prawdą. - Jaka wiedźma?
- Lepiej nie zgrywajcie niewiniątek - zagroził, przykładając do szyi Ahri ostry nóż. Musiałem coś szybko wymyślić, bo całe to zajście może skończyć się nie ciekawie.
- Dobrze, spokojnie... - odparłem. - Zaprowadzimy cię do niej, ale najpierw puść dziewczynę.
Stwór tylko się głośno roześmiał.
- Nie jestem głupi! Wypuszczę ją, ale dopiero jak zobaczę wiedźmę.
- Zgoda, chodź za mną - potwór, zdziwiony moimi słowami, ruszył za mną. Postanowiłem skontaktować się z Ahri.
- Co robimy?
- To ty nie masz planu?
- Chciałem go czymś zająć, bo jeszcze, by cię skrzywdził...
- Dzięki... Ale to co teraz?
- Nie wiem, może Yoko ma jakiś pomysł?
I "rozłączyłem" się z nią. Tym razem skontaktowałem się z Białowłosą:
- Masz jakiś pomysł?
- Ja? Niestety, nie...
- To powiadom mnie, jak coś wymyślisz - mrugnąłem do niej i przerwałem rozmowę. Wyprowadziłem wszystkich na pole i skierowałem się w głąb lasu. Była już prawie pełnia, więc księżyc oświetlał drogę. Nagle usłyszałem w mojej głowie niewyraźny szept:
- Strumyk... zaprowadź... nad strumyk... - czy to mogła być Aulida? Wiele wilków miało moc telepatii, ale nie sądzę by nieznajomy wilk chciał nam pomóc. Jednak posłuchałem głosu i skierowałem się do strumyka. Gdy tam dotarliśmy potwór zaczął się nagle zapadać. Wtedy z krzaków wyskoczył wilk. Rzucił się na stwora, dzięki czemu ten puścił Ahri.
- Uciekajcie stąd! - krzyknął ludzkim głosem, a potwór wykorzystując chwilę nieuwagi wilka rzucił się na niego i uderzył go mocno w lewy bok. Upadł jęcząc z bólu. Chciał podejść by pomóc naszemu wybawicielowi, ale coś nas przeniosło w krzaki. Nie mogliśmy się przez chwilę ruszać. Nagle ujrzeliśmy mocny, oślepiający blask. Chcieliśmy podejść, by zobaczyć co się dzieje, ale poczułem się słabo. Zauważyłem, że Ahri i Yoko już opadły na ziemię, ale ja koniecznie chciałem sprawdzić czy nic się nie stało wilkowi. Ledwo podszedłem pod krzaki i odsłoniłem kilka gałązek. Zauważyłem, jak wilk kulejąc idzie do lasu. Chciałem mu jeszcze podziękować, lecz nim zdążyłem, opadłem na ziemię i zasnąłem.
Gdy się obudziłem, nie wiedziałem przez chwilę, co się stało. Wstałem osłabiony i obolały. Znajdowałem się w lesie. Rozejrzałem się wokół i spostrzegłem obok siebie dwie nieznajome dziewczyny. Nieznajome? Nagle pamięć zaczęła mi wracać. Przecież to Yoko i Ahri! Podszedłem do nich i zacząłem je szturchać, by się zbudziły. Po kilku daremnych próbach odpuściłem. Wyszedłem za krzaków i ujrzałem strumyk. Wyglądał pięknie, bo jasne promienie księżyca wpadały do niego. Nagle na trawie zauważyłem krew. Przykucnąłem przy niej. Była świeża. Postanowiłem zobaczyć czy mogłaby mnie zaprowadzić do rannego wilka, który nas przedtem uratował. Szedłem, aż ujrzałem go w krzakach. Na szczęście żył. Gdybym przyprowadził tu Ahri, to ona mogłaby go uzdrowić. Poszedłem, więc znów śladem krwi. Gdy byłem blisko strumyka usłyszałem szelest krzaków. Przyśpieszyłem, bo to pewnie dziewczyny się zbudziły. Gdy zajrzałem za krzewy, nie było tam dziewczyn. "Uff... Czyli już wstały." Rozejrzałem się wkoło, ale nie ujrzałem żadnej z nich.
- Ahri? Yoko? - zawołałem po cichu. Nikt mi nie odpowiedział, więc zacząłem przeszukiwać w pobliżu strumyka, czy nikogo nie ma. Nagle, kiedy miałem zawołać po raz kolejny dziewczyny, coś zasłoniło mi usta i szepnęło do ucha:
- Nie krzycz. Powiedz, kim jesteś - nie zamierzałem nic odpowiadać, bo nie wiedziałem kto to. - No? Ja czekam.
Niespodziewanie olśniło mnie. Przecież znałem ten głos.
- Yoko, to ty? - szepnąłem.
- Nie twoja sprawa - warknęła. Odwróciłem się i ujrzałem oczywiście Yoko.
- Co ty robisz? - spytałem. - Widziałaś Ahri?
- Nie znam żadnej Ahri - burknęła i odwróciła się do mnie plecami.
- Hej, Yoko, co ci jest? - zapytałem zdziwiony. Nigdy się tak nie zachowywała. Nie doczekałem się odpowiedzi. - Yoko?
I nagle Yoko wstrząsnął dreszcz. Odwróciła się do mnie i powiedziała:
- O, tutaj jesteś - zrobiłem dziwną minę, bo nie rozumiałem o co chodzi.
- Nic ci nie jest, Yoko? - zapytałem z troskliwością.
- A co ma mi być?
- A nic, nic... Widziałaś Ahri?
- Nie, nie widziałam - odparła szybko i spuściła wzrok.
- Na pewno?
- Powiedziałam już, że nie - warknęła.
- Dobra, spokojnie... - spróbowałem ją ułagodzić.
- Chodź, wracamy do domu.
- A co będzie z Ah... - nie dokończyłem, bo Yoko mi przerwała.
- Nic jej się nie stanie, nie ma pięciu latek. To jak idziesz?
- Zostanę chyba tutaj...
- Jak chcesz - prychnęła i poszła w stronę jaskini. " Powinienem przynajmniej ją odprowadzić..." Pomyślałem i stałem się niewidzialny. Szedłem za nią, by nic jej się nie stało. Kiedy doszliśmy już prawie do jaskini, wyczułem dziwny zapach, wrogi zapach... Szybko chwyciłem Yoko za ramiona, by nie mogła wejść do groty.
- Aaaa!!! - krzyknęła piskliwie. - Puszczaj mnie!!!
Wysłuchałem ją, by czym prędzej zatkać uszy. Dziewczyna odwróciła się gwałtownie w moim kierunku i krzyknęła:
- Co ty sobie wyobrażasz?!
- Sory, sory, ale ten zapach... Lepiej tam nie wchodź - przestrzegłem.
- Będę robić, co mi się podoba - warknęła i przestąpiła próg. Nagle... nic się nie stało. Spodziewałem się wszystkiego oprócz niczego. Może ten zapach został jeszcze z poprzedniego potwora?
- Widzisz? Nic się nie stało! - i pobiegła do swojego pokoju.
- Kto tu jest? - zapytał zachrypniętym głosem. Zdałem sobie sprawę, że dalej jestem niewidzialny. Żeby mieć dalej honor, przemieniłem się, by mógł mnie zobaczyć. Stwór zawarczał na mój widok i rzucił się na mnie. Zrobiłem unik, i uderzyłem go w splot słoneczny. Potwór zawył z bólu i upadł na kolana.
- Kim jesteś? - zapytałem. Stwór spojrzał na mnie, po czym się zaśmiał.
- Myślisz, że ci powiem?
- Nie wiem, ale zawsze warto spróbować.
- Nie zawsze... - spojrzałem na potwora, który wydawał się smutniejszy, niż chwilę temu. Wtedy stwór wykorzystując moment mojej nieuwagi, rzucił się na mnie i zaczął drapać. "Dość tego honoru, trzeba działać" pomyślałem i stałem się niewidzialny. Zdezorientowany przeciwnik nie wiedział co zrobić. Nagle usłyszeliśmy hałas na korytarzu, jakby ktoś wpadł na coś. Zacząłem przyglądać się drzwiom, czy ktoś z nich nie wyjdzie, ale to był błąd. Potwór zaczął na ślepo łapać powietrze, a po chwili chwycił mnie za gardło. Nagle do kuchni weszła Ahri i rzuciła w stwora kulą powietrza. Kula (szczęściem) mnie ominęła, ale kiedy potwór mnie puścił, spadłem na ziemię, a w moją rękę wbił się duży odłamek rozbitego dzbanka. Upadek był tak mocny, że nie mogłem wyjąć kawałka z ręki, bo za daleko się wbił. Szybko traciłem siły, lecz w końcu udało mi się wyciągnąć szkło. W tym samym czasie potwór wstał z ziemi i stanął kilka kroków ode mnie. Nadal mnie nie widział. Niespodziewanie przeleciał przez kuchnię, uderzył głową o stół i stracił przytomność. Zauważyłem, że to Ahri go tak załatwiła. Po chwili uklęknęła przy mnie.
- Bardzo cię boli? - zapytała, trzymając delikatnie moją rękę. Kiwnąłem głową, bo strasznie mnie piekła i zaczynałem tracić w niej czucie. Ahri zaczęła mnie leczyć, aż nagle odezwała się Yoko:
- Co tu się właśnie stało? - spytała zdumiona. Dziewczyna z ogonami stała się widzialna i odwróciła się do Yoko, by jej odpowiedzieć. Białowłosa jednak ją uprzedziła:
- C-co to było? - zaczęła się jąkać.
- Potrafię stawać się niewidzialna - odparła Ahri
- Aha... Co ty robisz?
- Leczę Danny'ego - Po tych słowach spojrzała na mnie, a ja przypomniałem sobie, że jestem dalej niewidzialny.
- Hęę..? - zdziwiła się. Znów stała się niewidzialna i zaczęła mnie leczyć. Po krótkiej chwili nie miałem ani śladu zadrapania. Wstałem powoli i przemieniłem się z powrotem, by Yoko mogła mnie zauważyć. Ahri zrobiła to samo, a Yoko otworzyła szeroko usta.
- WoW. Czegoś takiego to ja nie widziałam - pokręciła głową.
- Ale wszystko dobrze się skończyło - uśmiechnęła się Czarnowłosa, lecz nagle jej uśmiech zbladł. Odwróciła się w stołu i znieruchomiała.
- Gdzie on się podz... - nie dokończyła, bo nagle potwór pojawił się znikąd i chwycił ją za rękę.
- Gdzie ONA jest? - usłyszeliśmy skrzeczący głos. Spojrzała na mnie i na Yoko. Byliśmy zdziwieni nagłym pojawieniem się potwora i nie mogliśmy nic zrobić, bo mógłby skrzywdzić Ahri.
- Kto? - spytała Yoko.
- WIEDŹMA - powiedział potwór.
- Nie rozumiem - pokręciłem głową zgodnie z prawdą. - Jaka wiedźma?
- Lepiej nie zgrywajcie niewiniątek - zagroził, przykładając do szyi Ahri ostry nóż. Musiałem coś szybko wymyślić, bo całe to zajście może skończyć się nie ciekawie.
- Dobrze, spokojnie... - odparłem. - Zaprowadzimy cię do niej, ale najpierw puść dziewczynę.
Stwór tylko się głośno roześmiał.
- Nie jestem głupi! Wypuszczę ją, ale dopiero jak zobaczę wiedźmę.
- Zgoda, chodź za mną - potwór, zdziwiony moimi słowami, ruszył za mną. Postanowiłem skontaktować się z Ahri.
- Co robimy?
- To ty nie masz planu?
- Chciałem go czymś zająć, bo jeszcze, by cię skrzywdził...
- Dzięki... Ale to co teraz?
- Nie wiem, może Yoko ma jakiś pomysł?
I "rozłączyłem" się z nią. Tym razem skontaktowałem się z Białowłosą:
- Masz jakiś pomysł?
- Ja? Niestety, nie...
- To powiadom mnie, jak coś wymyślisz - mrugnąłem do niej i przerwałem rozmowę. Wyprowadziłem wszystkich na pole i skierowałem się w głąb lasu. Była już prawie pełnia, więc księżyc oświetlał drogę. Nagle usłyszałem w mojej głowie niewyraźny szept:
- Strumyk... zaprowadź... nad strumyk... - czy to mogła być Aulida? Wiele wilków miało moc telepatii, ale nie sądzę by nieznajomy wilk chciał nam pomóc. Jednak posłuchałem głosu i skierowałem się do strumyka. Gdy tam dotarliśmy potwór zaczął się nagle zapadać. Wtedy z krzaków wyskoczył wilk. Rzucił się na stwora, dzięki czemu ten puścił Ahri.
- Uciekajcie stąd! - krzyknął ludzkim głosem, a potwór wykorzystując chwilę nieuwagi wilka rzucił się na niego i uderzył go mocno w lewy bok. Upadł jęcząc z bólu. Chciał podejść by pomóc naszemu wybawicielowi, ale coś nas przeniosło w krzaki. Nie mogliśmy się przez chwilę ruszać. Nagle ujrzeliśmy mocny, oślepiający blask. Chcieliśmy podejść, by zobaczyć co się dzieje, ale poczułem się słabo. Zauważyłem, że Ahri i Yoko już opadły na ziemię, ale ja koniecznie chciałem sprawdzić czy nic się nie stało wilkowi. Ledwo podszedłem pod krzaki i odsłoniłem kilka gałązek. Zauważyłem, jak wilk kulejąc idzie do lasu. Chciałem mu jeszcze podziękować, lecz nim zdążyłem, opadłem na ziemię i zasnąłem.
Gdy się obudziłem, nie wiedziałem przez chwilę, co się stało. Wstałem osłabiony i obolały. Znajdowałem się w lesie. Rozejrzałem się wokół i spostrzegłem obok siebie dwie nieznajome dziewczyny. Nieznajome? Nagle pamięć zaczęła mi wracać. Przecież to Yoko i Ahri! Podszedłem do nich i zacząłem je szturchać, by się zbudziły. Po kilku daremnych próbach odpuściłem. Wyszedłem za krzaków i ujrzałem strumyk. Wyglądał pięknie, bo jasne promienie księżyca wpadały do niego. Nagle na trawie zauważyłem krew. Przykucnąłem przy niej. Była świeża. Postanowiłem zobaczyć czy mogłaby mnie zaprowadzić do rannego wilka, który nas przedtem uratował. Szedłem, aż ujrzałem go w krzakach. Na szczęście żył. Gdybym przyprowadził tu Ahri, to ona mogłaby go uzdrowić. Poszedłem, więc znów śladem krwi. Gdy byłem blisko strumyka usłyszałem szelest krzaków. Przyśpieszyłem, bo to pewnie dziewczyny się zbudziły. Gdy zajrzałem za krzewy, nie było tam dziewczyn. "Uff... Czyli już wstały." Rozejrzałem się wkoło, ale nie ujrzałem żadnej z nich.
- Ahri? Yoko? - zawołałem po cichu. Nikt mi nie odpowiedział, więc zacząłem przeszukiwać w pobliżu strumyka, czy nikogo nie ma. Nagle, kiedy miałem zawołać po raz kolejny dziewczyny, coś zasłoniło mi usta i szepnęło do ucha:
- Nie krzycz. Powiedz, kim jesteś - nie zamierzałem nic odpowiadać, bo nie wiedziałem kto to. - No? Ja czekam.
Niespodziewanie olśniło mnie. Przecież znałem ten głos.
- Yoko, to ty? - szepnąłem.
- Nie twoja sprawa - warknęła. Odwróciłem się i ujrzałem oczywiście Yoko.
- Co ty robisz? - spytałem. - Widziałaś Ahri?
- Nie znam żadnej Ahri - burknęła i odwróciła się do mnie plecami.
- Hej, Yoko, co ci jest? - zapytałem zdziwiony. Nigdy się tak nie zachowywała. Nie doczekałem się odpowiedzi. - Yoko?
I nagle Yoko wstrząsnął dreszcz. Odwróciła się do mnie i powiedziała:
- O, tutaj jesteś - zrobiłem dziwną minę, bo nie rozumiałem o co chodzi.
- Nic ci nie jest, Yoko? - zapytałem z troskliwością.
- A co ma mi być?
- A nic, nic... Widziałaś Ahri?
- Nie, nie widziałam - odparła szybko i spuściła wzrok.
- Na pewno?
- Powiedziałam już, że nie - warknęła.
- Dobra, spokojnie... - spróbowałem ją ułagodzić.
- Chodź, wracamy do domu.
- A co będzie z Ah... - nie dokończyłem, bo Yoko mi przerwała.
- Nic jej się nie stanie, nie ma pięciu latek. To jak idziesz?
- Zostanę chyba tutaj...
- Jak chcesz - prychnęła i poszła w stronę jaskini. " Powinienem przynajmniej ją odprowadzić..." Pomyślałem i stałem się niewidzialny. Szedłem za nią, by nic jej się nie stało. Kiedy doszliśmy już prawie do jaskini, wyczułem dziwny zapach, wrogi zapach... Szybko chwyciłem Yoko za ramiona, by nie mogła wejść do groty.
- Aaaa!!! - krzyknęła piskliwie. - Puszczaj mnie!!!
Wysłuchałem ją, by czym prędzej zatkać uszy. Dziewczyna odwróciła się gwałtownie w moim kierunku i krzyknęła:
- Co ty sobie wyobrażasz?!
- Sory, sory, ale ten zapach... Lepiej tam nie wchodź - przestrzegłem.
- Będę robić, co mi się podoba - warknęła i przestąpiła próg. Nagle... nic się nie stało. Spodziewałem się wszystkiego oprócz niczego. Może ten zapach został jeszcze z poprzedniego potwora?
- Widzisz? Nic się nie stało! - i pobiegła do swojego pokoju.
niedziela, 15 grudnia 2013
(Wataha Powietrza) Od Aulidy
Siedziałam przy ognisku ogrzewając się. Popatrzyłam w niebo jak gwiazdy błyszczą. Niestety dzisiejszej nocy będę musiała to oglądać ale oczami bestii. Wyjęłam z torby suchy prowiant i sakwę wody. Zaczęłam nieśmiało gryźć po czym popijałam. Dlaczego jestem alfą? Przecież z moim drugim wcieleniem będę miała utrudnione zadanie. Nagle w mojej głowie pojawiły się impulsy ostrzegawcze. "What?!". Po chwili ujrzałam wizję. Przedstawiała moich członków i jakiegoś potwora... o nie to Czart! On ściga wiedźmy ale kto go wysłał? Nieważne muszę ich uratować.... ale za 5 minut jest pełnia. I teraz mam to głupie uczucie rozdarcia: ważniejsza tajemnica czy życie moich podopiecznych? Usiadłam na pieńku gdzie po policzku spłynęły mi gorące łzy. " KONIEC! JEŚLI CHCE WIEDŹMĘ TO JĄ DOSTANIE!". Po tym poczułam, że ona wychodzi ze mnie i bierze nade mną kontrolę ale mogłam kontrolować ciało i zaklęcia. Dziwne..... bo zazwyczaj ona mnie pokonuje ale po chwili usłyszałam jej głos w głowie:
~ Pozwoliłam Ci zawładnąć bo widzę, że ci na nich zależy..
Oniemiałam bo nigdy nie miała uczuć albo inaczej: nie wyrażała ich. Poczułam ogromny przypływ sił magicznej. Zmieniłam się w wilka po czym mnie nie rozpoznają i ruszyłam za instynktem. Po dziesięciu minutach w oddali widziałam jak ten dziwak trzyma Ahri a Danny gdzieś go prowadzi. Zaczaiłam się w krzakach i czekałam na odpowiedni moment. Wysłałam do nich wiadomości aby go sprowadzili nad strumyk. Oni odebrali to i poszli tam gdzie chciałam. Tak jak myślałam potwór zapadł się. Po czym natychmiast skoczyłam mu na łeb łapiąc go za oko. Potwór wypuścił dziewczynę. Po chwili kazałam im uciekać ale wtedy on z całej siły mnie drapną w lewy bok. Upadłam jęcząc z bólu. Danny chciał podejść ale siłą woli wszystkich postawiłam w krzakach. Na potworze użyłam mojej specjalnej zdolności promieni księżyca. Oślepiło go po czym spadł do kanionu gdzie były ostre skały i to był obrzydliwy widok. Moi podopieczni chcieli podejść ale ja ich uśpiłam po czym ledwo co idąc odeszłam do lasu. Widziałam, ze krew się za mną ciągnęła. Ułożyłam się w krzakach nie zmieniając postaci. Leżałam próbując usnąć. Teraz wiedziałam,że przynajmniej nie dowiedzą się kim byłam naprawdę. Na całe szczęście śmierć mi nie groziła tylko muszę długo odpoczywać ale nie wrócę do groty. Usnęłam twardym i głębokim snem.
~ Pozwoliłam Ci zawładnąć bo widzę, że ci na nich zależy..
Oniemiałam bo nigdy nie miała uczuć albo inaczej: nie wyrażała ich. Poczułam ogromny przypływ sił magicznej. Zmieniłam się w wilka po czym mnie nie rozpoznają i ruszyłam za instynktem. Po dziesięciu minutach w oddali widziałam jak ten dziwak trzyma Ahri a Danny gdzieś go prowadzi. Zaczaiłam się w krzakach i czekałam na odpowiedni moment. Wysłałam do nich wiadomości aby go sprowadzili nad strumyk. Oni odebrali to i poszli tam gdzie chciałam. Tak jak myślałam potwór zapadł się. Po czym natychmiast skoczyłam mu na łeb łapiąc go za oko. Potwór wypuścił dziewczynę. Po chwili kazałam im uciekać ale wtedy on z całej siły mnie drapną w lewy bok. Upadłam jęcząc z bólu. Danny chciał podejść ale siłą woli wszystkich postawiłam w krzakach. Na potworze użyłam mojej specjalnej zdolności promieni księżyca. Oślepiło go po czym spadł do kanionu gdzie były ostre skały i to był obrzydliwy widok. Moi podopieczni chcieli podejść ale ja ich uśpiłam po czym ledwo co idąc odeszłam do lasu. Widziałam, ze krew się za mną ciągnęła. Ułożyłam się w krzakach nie zmieniając postaci. Leżałam próbując usnąć. Teraz wiedziałam,że przynajmniej nie dowiedzą się kim byłam naprawdę. Na całe szczęście śmierć mi nie groziła tylko muszę długo odpoczywać ale nie wrócę do groty. Usnęłam twardym i głębokim snem.
(Wataha Powietrza) Od Ahri
Gdy wreszcie Aulida skończyła mówić o Black Soul, wszyscy się rozeszli. Ja poszłam do swojego pokoju, a dlatego że nie miałam co robić, wzięłam książkę, której jeszcze nie czytałam. Usiadłam wygodnie w fotelu i zaczęłam ją studiować. Książka miała 700 stron i była bardzo wciągająca. Z wypiekami na twarzy czytałam ją zachłannie. Ocknęłam się z tego transu po tym jak zobaczyłam, na której stronie jestem. Było już daleko po połowie książki, a na polu zaczynało robić się ciemno. Mimo wszystko powróciłam do czytania. Po krótkiej chwili do pokoju weszła Aulida.
- Cześć, mogę ci przeszkodzić? - spytała.
- Jasne! - odparłam szybko.
- Posłuchaj muszę zniknąć na jeden dzień i noc.
- Ale po co? Dlaczego?!
- Moje drugie wcielenie się dzisiaj obudzi, a nie chcę was skrzywdzić, więc pod moją nieobecność proszę cię, abyś ty nimi dowodziła, gdyby doszło do ataku Black Souls.
- Ale ja nie jestem gotowa.
- Jestem pewna, że dasz sobie radę.
Po tych słowach wyszła, a ja stałam zszokowana. Opadłam na fotel i zaczęłam rozmyślać. To było oczywiste, że nie byłam na coś takiego gotowa. Bardziej Yoko albo Danny. A jeżeli akurat dzisiaj pojawią się Black Soul? Wzdrygnełam się. Lepiej nie krakać. Mam nadzieję, że dopóki Aulida nie wróci z powrotem, to Black Soul będą siedziały cicho i grzecznie w swojej kryjówce, czy gdzieś tam gdzie mieszkają. Postanowiłam powiedzieć reszcie o tym, że nasza przywódczyni jest chwilowo niedostępna. Kiedy Danny i Yoko wreszcie przyszli, zaczęłam:
- Teraz ja tu dowodzę - trochę egoistycznie to zabrzmiało, a ja już wyobrażałam sobie ich myśli: "O Boże, ona zrobiła coś Aulidzie!" albo "Zawsze wiedziałem, że jest ZŁAAA". Ku mojemu zaskoczeniu, Danny odparł:
- Spoko, a gdzie jest Aulida?
- Musiała na chwilę wyjść...
- A gdzie? - spytała podejrzliwie Yoko.
- Do lasu - po tych słowach popatrzyli na mnie dziwnie. Westchnęłam. Nie wiedziałam, jak im to powiedzieć. - No dobra, chodzi o to, że musi załatwić bardzo ważną sprawę, więc najprawdopodobniej wróci dopiero jutro - źle mi było okłamywać przyjaciół, ale w końcu obiecałam Aulidzie, że nie powiem jej tajemnicy nikomu.
- No dobra... - odpowiedzieli po chwili namysłu.
- To teraz możecie wrócić do rzeczy, które robiliście przed chwilą - powiedziałam i zaczęłam czytać ksiażkę. Jednak po chwili spojrzałam w górę i ujrzałam Danny'ego i Yoko.
- No, możecie już iść - powiedziałam uśmiechając się.
- Ale nie mamy co robić - odpowiedzieli, a ja westchnęłam, ale w mojej głowie czaił się plan.
- Może zagramy w jakąś grę? - zaproponowałam.
- Jaką? - spytała podekscyowana Yoko.
- No nie wiem... Może w Dzika? - popatrzyli na mnie pytająco.
- To taka gra, gdzie się mówi po kolei cyfry, lecz na liczbę, w której jest siódemka lub jest podzielna przez siedem, trzeba powiedzieć DZIK. Coś takiego: 1,2,3,4,5,6, DZIK, 8,9,10,11,12,13, DZIK, 15...
- Możemy spróbować...
Graliśmy godzinę, lecz w końcu to się nam znudziło. Nagle usłyszeliśmy szelest w korytarzu. "Aulida?" - pomyślałam. Wystawiłam lekko głowę za drzwi, ale nikogo tam nie było. Wzruszyłam ramionami i usiadłam z powrotem na dywanie.
- To co teraz robimy? - spytałam. - Znacie jakieś inne gry?
- Nie przypominam sobie - powiedziała Yoko. Obie popatrzyłyśmy z nadzieją na Danny'ego, lecz ku naszemu zdziwieniu, jego nie było.
- Gdzie on się podział? - spytałyśmy równocześnie. Na odpowiedź usłyszałyśmy, jak coś się rozbija. Szybko wybiegłyśmy z pokoju i skierowałyśmy się w kierunku, z którego dochodziły dziwne dźwięki. Yoko, która biegła przede mną zatrzymała się gwałtownie, przez co na nią wpadłam.
- Co się stało? - spytałam.
- Cicho - szepnęła i wskazała cień na ścianie. Cień przedstawiał dwie postacie szarpiące się ze sobą.
- Co to? - zapytałam przestraszona. Podeszłyśmy bliżej drzwi do kuchni, by ujrzeć, kto się bije w tym pomieszczeniu. Zobaczyłyśmy okropnego potwora, który trzymał powietrze. Znów zerknełam na cień, który przedstawiał tego samego stwora, ale jeszcze jedną osobę, którą trzymał. "Danny?". Doszłam do wniosku, że to on, więc żeby mu pomóc, szybko weszłam do kuchni i rzuciłam w stwora kulą powietrza. Potwór puścił Danny'ego i spojrzał na mnie. Przełknęłam głośno ślinę i błyskawicznie zrobiłam się niewidzialna. Jako niewidoczna postać, zauważyłam na podłodze leżącego chłopaka. Miał zadrapania, a z jego ręki kapała krew. Podbiegłam do Danny'ego, uderzając niczego niespodziewającego się potwora. Upadł na ziemię, tracąc przytomność, a ja uklęknęłam przy chłopaku.
- Bardzo cię boli? - zapytałam, oglądając jego rękę. Kiwnął prawie niezauważalnie głową. Zaczęłam go leczyć, aż nagle odezwała się Yoko:
- Co tu się właśnie stało? - spytała zdumiona. Przypomniałam sobie, że nadal jestem niewidzialna. Przemieniłam się, żeby jeszcze bardziej jej nie wystraszyć, lecz stało się odwrotnie.
- C-co to było? - zaczęła się jąkać, patrząc na mnie jak na wariatkę.
- Potrafię stawać się niewidzialna - uśmiechnęłam się.
- Aha... - dalej nie wyglądała na przekonaną. - Co ty robisz?
- Leczę Danny'ego - znowu dziwnie na mnie spojrzała. Popatrzyłam w miejscu, gdzie powinien leżeć Danny, lecz go nie było.
- Hęę..? - zdziwiłam się. Stałam się niewidzialna i chłopak od razu pojawił mi się przed oczami. "Czyli on też może być niewidzialny..." doszłam do wniosku. Zaczęłam go leczyć, aż w końcu wszystkie rany zniknęły. Chłopak wstał powoli i przemienił się z powrotem, by Yoko mogła go zauważyć. Zrobiłam to samo, a Yoko otworzyła szeroko usta.
- WoW. Czegoś takiego to ja nie widziałam - pokręciła głową.
- Ale wszystko dobrze się skończyło - uśmiechnęłam się, lecz nagle mój uśmiech zbladł. Przecież my nie zabiliśmy tego potwora. Odwróciłam się kierunku miejsca, gdzie powinien on leżeć, ale niczego tam nie było.
- Gdzie on się podz... - nie dokończyłam, bo nagle coś chwyciło mnie mocno za rękę, przyciągnęło do siebie i zadbało o to, bym nie mogła się ruszyć.
- Gdzie ONA jest? - usłyszałam przy moim uchu okropny, skrzeczący głos. Spojrzałam na Yoko i Danny' ego, którzy byli zdumieni, lecz nie mogli nic zrobić.
- Kto? - spytała Yoko.
- WIEDŹMA - powiedział potwór, dalej mnie trzymając. Przełknęłam cichutko ślinę. Czyli chodziło mu o Aulidę... Dobrze, że zdążyła stąd wyjść.
- Nie rozumiem - pokręcił przecząco głową Danny. - Jaka wiedźma?
- Lepiej nie zgrywajcie niewiniątek - zagroził, przykładając do mojej szyi ostry nóż. Nie miałam pomysłów, co robić. Gdybym go uderzyła w brzuch, to on zapewne zgiąłby się w pół, przy okazji wbijając mi ostrze. Jeślibym stała się niewidzialna, on by i tak nadal mnie czuł w swoich rękach. A może tarcza powietrza? Odpada. Byłabym bezpieczna w niej, ale dlatego, że stwór mnie cały czas trzymał, to on by też znalazł się w środku. Mogłam liczyć jedynie na moich przyjaciół.
- Dobrze, spokojnie... - odparł Danny. - Zaprowadzimy cię do niej, ale najpierw puść dziewczynę.
Stwór tylko się głośno roześmiał.
- Nie jestem głupi! Wypuszczę ją, ale dopiero jak zobaczę wiedźmę.
- Zgoda, chodź za mną - potwór, zdziwiony słowami chłopaka, ruszył za nim, dalej mnie trzymając. Nagle usłyszałam w głowie głos Danny'ego:
- Co robimy?
- To ty nie masz planu?
- Chciałem go czymś zająć, bo jeszcze, by cię skrzywdził...
- Dzięki... Ale to co teraz?
- Nie wiem, może Yoko ma jakiś pomysł?
Głos ustał w mojej głowie, a ja spojrzałam na Yoko i Danny'ego. Oby coś wymyślili...
- Cześć, mogę ci przeszkodzić? - spytała.
- Jasne! - odparłam szybko.
- Posłuchaj muszę zniknąć na jeden dzień i noc.
- Ale po co? Dlaczego?!
- Moje drugie wcielenie się dzisiaj obudzi, a nie chcę was skrzywdzić, więc pod moją nieobecność proszę cię, abyś ty nimi dowodziła, gdyby doszło do ataku Black Souls.
- Ale ja nie jestem gotowa.
- Jestem pewna, że dasz sobie radę.
Po tych słowach wyszła, a ja stałam zszokowana. Opadłam na fotel i zaczęłam rozmyślać. To było oczywiste, że nie byłam na coś takiego gotowa. Bardziej Yoko albo Danny. A jeżeli akurat dzisiaj pojawią się Black Soul? Wzdrygnełam się. Lepiej nie krakać. Mam nadzieję, że dopóki Aulida nie wróci z powrotem, to Black Soul będą siedziały cicho i grzecznie w swojej kryjówce, czy gdzieś tam gdzie mieszkają. Postanowiłam powiedzieć reszcie o tym, że nasza przywódczyni jest chwilowo niedostępna. Kiedy Danny i Yoko wreszcie przyszli, zaczęłam:
- Teraz ja tu dowodzę - trochę egoistycznie to zabrzmiało, a ja już wyobrażałam sobie ich myśli: "O Boże, ona zrobiła coś Aulidzie!" albo "Zawsze wiedziałem, że jest ZŁAAA". Ku mojemu zaskoczeniu, Danny odparł:
- Spoko, a gdzie jest Aulida?
- Musiała na chwilę wyjść...
- A gdzie? - spytała podejrzliwie Yoko.
- Do lasu - po tych słowach popatrzyli na mnie dziwnie. Westchnęłam. Nie wiedziałam, jak im to powiedzieć. - No dobra, chodzi o to, że musi załatwić bardzo ważną sprawę, więc najprawdopodobniej wróci dopiero jutro - źle mi było okłamywać przyjaciół, ale w końcu obiecałam Aulidzie, że nie powiem jej tajemnicy nikomu.
- No dobra... - odpowiedzieli po chwili namysłu.
- To teraz możecie wrócić do rzeczy, które robiliście przed chwilą - powiedziałam i zaczęłam czytać ksiażkę. Jednak po chwili spojrzałam w górę i ujrzałam Danny'ego i Yoko.
- No, możecie już iść - powiedziałam uśmiechając się.
- Ale nie mamy co robić - odpowiedzieli, a ja westchnęłam, ale w mojej głowie czaił się plan.
- Może zagramy w jakąś grę? - zaproponowałam.
- Jaką? - spytała podekscyowana Yoko.
- No nie wiem... Może w Dzika? - popatrzyli na mnie pytająco.
- To taka gra, gdzie się mówi po kolei cyfry, lecz na liczbę, w której jest siódemka lub jest podzielna przez siedem, trzeba powiedzieć DZIK. Coś takiego: 1,2,3,4,5,6, DZIK, 8,9,10,11,12,13, DZIK, 15...
- Możemy spróbować...
Graliśmy godzinę, lecz w końcu to się nam znudziło. Nagle usłyszeliśmy szelest w korytarzu. "Aulida?" - pomyślałam. Wystawiłam lekko głowę za drzwi, ale nikogo tam nie było. Wzruszyłam ramionami i usiadłam z powrotem na dywanie.
- To co teraz robimy? - spytałam. - Znacie jakieś inne gry?
- Nie przypominam sobie - powiedziała Yoko. Obie popatrzyłyśmy z nadzieją na Danny'ego, lecz ku naszemu zdziwieniu, jego nie było.
- Gdzie on się podział? - spytałyśmy równocześnie. Na odpowiedź usłyszałyśmy, jak coś się rozbija. Szybko wybiegłyśmy z pokoju i skierowałyśmy się w kierunku, z którego dochodziły dziwne dźwięki. Yoko, która biegła przede mną zatrzymała się gwałtownie, przez co na nią wpadłam.
- Co się stało? - spytałam.
- Cicho - szepnęła i wskazała cień na ścianie. Cień przedstawiał dwie postacie szarpiące się ze sobą.
- Co to? - zapytałam przestraszona. Podeszłyśmy bliżej drzwi do kuchni, by ujrzeć, kto się bije w tym pomieszczeniu. Zobaczyłyśmy okropnego potwora, który trzymał powietrze. Znów zerknełam na cień, który przedstawiał tego samego stwora, ale jeszcze jedną osobę, którą trzymał. "Danny?". Doszłam do wniosku, że to on, więc żeby mu pomóc, szybko weszłam do kuchni i rzuciłam w stwora kulą powietrza. Potwór puścił Danny'ego i spojrzał na mnie. Przełknęłam głośno ślinę i błyskawicznie zrobiłam się niewidzialna. Jako niewidoczna postać, zauważyłam na podłodze leżącego chłopaka. Miał zadrapania, a z jego ręki kapała krew. Podbiegłam do Danny'ego, uderzając niczego niespodziewającego się potwora. Upadł na ziemię, tracąc przytomność, a ja uklęknęłam przy chłopaku.
- Bardzo cię boli? - zapytałam, oglądając jego rękę. Kiwnął prawie niezauważalnie głową. Zaczęłam go leczyć, aż nagle odezwała się Yoko:
- Co tu się właśnie stało? - spytała zdumiona. Przypomniałam sobie, że nadal jestem niewidzialna. Przemieniłam się, żeby jeszcze bardziej jej nie wystraszyć, lecz stało się odwrotnie.
- C-co to było? - zaczęła się jąkać, patrząc na mnie jak na wariatkę.
- Potrafię stawać się niewidzialna - uśmiechnęłam się.
- Aha... - dalej nie wyglądała na przekonaną. - Co ty robisz?
- Leczę Danny'ego - znowu dziwnie na mnie spojrzała. Popatrzyłam w miejscu, gdzie powinien leżeć Danny, lecz go nie było.
- Hęę..? - zdziwiłam się. Stałam się niewidzialna i chłopak od razu pojawił mi się przed oczami. "Czyli on też może być niewidzialny..." doszłam do wniosku. Zaczęłam go leczyć, aż w końcu wszystkie rany zniknęły. Chłopak wstał powoli i przemienił się z powrotem, by Yoko mogła go zauważyć. Zrobiłam to samo, a Yoko otworzyła szeroko usta.
- WoW. Czegoś takiego to ja nie widziałam - pokręciła głową.
- Ale wszystko dobrze się skończyło - uśmiechnęłam się, lecz nagle mój uśmiech zbladł. Przecież my nie zabiliśmy tego potwora. Odwróciłam się kierunku miejsca, gdzie powinien on leżeć, ale niczego tam nie było.
- Gdzie on się podz... - nie dokończyłam, bo nagle coś chwyciło mnie mocno za rękę, przyciągnęło do siebie i zadbało o to, bym nie mogła się ruszyć.
- Gdzie ONA jest? - usłyszałam przy moim uchu okropny, skrzeczący głos. Spojrzałam na Yoko i Danny' ego, którzy byli zdumieni, lecz nie mogli nic zrobić.
- Kto? - spytała Yoko.
- WIEDŹMA - powiedział potwór, dalej mnie trzymając. Przełknęłam cichutko ślinę. Czyli chodziło mu o Aulidę... Dobrze, że zdążyła stąd wyjść.
- Nie rozumiem - pokręcił przecząco głową Danny. - Jaka wiedźma?
- Lepiej nie zgrywajcie niewiniątek - zagroził, przykładając do mojej szyi ostry nóż. Nie miałam pomysłów, co robić. Gdybym go uderzyła w brzuch, to on zapewne zgiąłby się w pół, przy okazji wbijając mi ostrze. Jeślibym stała się niewidzialna, on by i tak nadal mnie czuł w swoich rękach. A może tarcza powietrza? Odpada. Byłabym bezpieczna w niej, ale dlatego, że stwór mnie cały czas trzymał, to on by też znalazł się w środku. Mogłam liczyć jedynie na moich przyjaciół.
- Dobrze, spokojnie... - odparł Danny. - Zaprowadzimy cię do niej, ale najpierw puść dziewczynę.
Stwór tylko się głośno roześmiał.
- Nie jestem głupi! Wypuszczę ją, ale dopiero jak zobaczę wiedźmę.
- Zgoda, chodź za mną - potwór, zdziwiony słowami chłopaka, ruszył za nim, dalej mnie trzymając. Nagle usłyszałam w głowie głos Danny'ego:
- Co robimy?
- To ty nie masz planu?
- Chciałem go czymś zająć, bo jeszcze, by cię skrzywdził...
- Dzięki... Ale to co teraz?
- Nie wiem, może Yoko ma jakiś pomysł?
Głos ustał w mojej głowie, a ja spojrzałam na Yoko i Danny'ego. Oby coś wymyślili...
piątek, 13 grudnia 2013
(Wataha Powietrza) Od Aulidy
Siedziałam w bibliotece czytając książkę pt. " Z gwiazd". Nie była powiązana z demonami czy tam innymi dziwactwami lecz z przygodami. Każdemu jest potrzebna odrobina rozrywki.
Czytałam VI rozdział kiedy do pomieszczenia wparowała Yoko. Widać coś ją gryzło. Omijała mnie wzrokiem. Zaniepokoiłam się, bo przecież to nie jest normalne zachowanie. Wstałam i podeszłam do niej łapiąc ją za lewe ramię. Ona przestraszona na mnie spojrzała po czym natychmiast opuściła głowę.
- Co się stało bo nie tryskasz zbytnio radością- powiedziałam lekko uśmiechając się.
Milczała. Coś z nią nie tak. No trudno nie zostawia mi wyboru. Uśpiłam ją moim pyłkiem po czym myślami "weszłam" do jej głowy. Aaaa.... czyli o to chodzi. Ktoś jej uszkodził jej naszyjnik. Nie jestem zła ale dlaczego mi nie powiedziała? Czy jestem aż tak przerażająca? Najwyraźniej tak....
Dziewczyna zaczęła się wybudzać a ja natychmiast opuściłam jej głowę. Ona nieprzytomnie na mnie spojrzała. Ja odpowiedziałam:
- Dlaczego mi nie powiedziałaś , że naszyjnik ci się zepsuł?
- Bo myślałam, że się zezłościsz.
- Ja zrobiłam te naszyjniki dla was abyście byli bezpieczni, a z resztą weź mój- powiedziałam zdejmując z szyi naszyjnik.
- Ale on jest twój, mogą ciebie opętać.
- O mnie się nie martw- odrzekłam po czym wyszłam z pokoju.
Szłam korytarzem gdy zauważyłam, że słońce już zachodzi. Akurat do jaskini wszedł Danny. Posłałam mu uśmiech po czym skręciłam do mojej groty. Nagle moje znamię zaczęło piec i świecić. O co chodzi? Po chwili ukazała mi się wizja. Widziałam pełnię oraz ja zmieniając się w... Księżycową Wiedźmę. O fug!
Potrząsnęłam głową po czym przypomniałam sobie, że dzisiaj jest pierwsza wiosenna pełnia a to oznacza, że dzisiaj się przemienię. Muszę odejść n tą jedyną noc ale ktoś musi o tym wiedzieć. Wiem, pójdę do Ahri. Zapukałam o ścianę. Kiedy weszłam zauważyłam, że coś czyta. Błyskawicznie wyczuła moją obecność więc wstała. Ja się przywitałam po czym od razu zaczęłam:
- Posłuchaj muszę zniknąć na jeden dzień i noc.
- Ale poco? Dlaczego?!
- Moje drugie wcielenie się dzisiaj obudzi a nie chcę was skrzywdzić, więc pod moją nieobecność proszę cię abyś ty nimi dowodziła gdyby doszło do ataku Black Souls.
- Ale ja nie jestem gotowa.
- Jestem pewna, że dasz sobie radę.
Po tych słowach wyszłam. Zapakowałam najważniejsze graty. Zmieniłam się w wilka po czym natychmiast wybiegłam z jaskini. Zatrzymałam się w lesie po czym rozpaliłam ognisko czekając na pełnię.
Czytałam VI rozdział kiedy do pomieszczenia wparowała Yoko. Widać coś ją gryzło. Omijała mnie wzrokiem. Zaniepokoiłam się, bo przecież to nie jest normalne zachowanie. Wstałam i podeszłam do niej łapiąc ją za lewe ramię. Ona przestraszona na mnie spojrzała po czym natychmiast opuściła głowę.
- Co się stało bo nie tryskasz zbytnio radością- powiedziałam lekko uśmiechając się.
Milczała. Coś z nią nie tak. No trudno nie zostawia mi wyboru. Uśpiłam ją moim pyłkiem po czym myślami "weszłam" do jej głowy. Aaaa.... czyli o to chodzi. Ktoś jej uszkodził jej naszyjnik. Nie jestem zła ale dlaczego mi nie powiedziała? Czy jestem aż tak przerażająca? Najwyraźniej tak....
Dziewczyna zaczęła się wybudzać a ja natychmiast opuściłam jej głowę. Ona nieprzytomnie na mnie spojrzała. Ja odpowiedziałam:
- Dlaczego mi nie powiedziałaś , że naszyjnik ci się zepsuł?
- Bo myślałam, że się zezłościsz.
- Ja zrobiłam te naszyjniki dla was abyście byli bezpieczni, a z resztą weź mój- powiedziałam zdejmując z szyi naszyjnik.
- Ale on jest twój, mogą ciebie opętać.
- O mnie się nie martw- odrzekłam po czym wyszłam z pokoju.
Szłam korytarzem gdy zauważyłam, że słońce już zachodzi. Akurat do jaskini wszedł Danny. Posłałam mu uśmiech po czym skręciłam do mojej groty. Nagle moje znamię zaczęło piec i świecić. O co chodzi? Po chwili ukazała mi się wizja. Widziałam pełnię oraz ja zmieniając się w... Księżycową Wiedźmę. O fug!
Potrząsnęłam głową po czym przypomniałam sobie, że dzisiaj jest pierwsza wiosenna pełnia a to oznacza, że dzisiaj się przemienię. Muszę odejść n tą jedyną noc ale ktoś musi o tym wiedzieć. Wiem, pójdę do Ahri. Zapukałam o ścianę. Kiedy weszłam zauważyłam, że coś czyta. Błyskawicznie wyczuła moją obecność więc wstała. Ja się przywitałam po czym od razu zaczęłam:
- Posłuchaj muszę zniknąć na jeden dzień i noc.
- Ale poco? Dlaczego?!
- Moje drugie wcielenie się dzisiaj obudzi a nie chcę was skrzywdzić, więc pod moją nieobecność proszę cię abyś ty nimi dowodziła gdyby doszło do ataku Black Souls.
- Ale ja nie jestem gotowa.
- Jestem pewna, że dasz sobie radę.
Po tych słowach wyszłam. Zapakowałam najważniejsze graty. Zmieniłam się w wilka po czym natychmiast wybiegłam z jaskini. Zatrzymałam się w lesie po czym rozpaliłam ognisko czekając na pełnię.
(Wataha Mroku) od Margo
W głębi ciągnących się, mrocznych tunelów znaleźliśmy całkiem przyzwoitą jaskinię. Zatrzymaliśmy się tam na odpoczynek przed dalszymi próbami. Syriusz przyznał się, że jako zwierze nie ma świadomości o możliwości zamiany w człowieka. Rozumie mnie, ale w tym wcieleniu pamięta na prawdę niewiele ze swoich czynów dokonanych jako zwierze. Po około 2 dniach (pod ziemią straciłam poczucie czasu) postanowiliśmy wyruszyć. Cały mój teren związany był traktatem, nierozerwalną pieczęcią. Muszą być jakieś straty... muszę przeżyć wszystkie przeciwności i wrócić na ziemię.
Przymknęłam powieki, aby uchronić oczy przed szalejącym wokół pyłem. Przyklejona do szyi Suriusa z oszałamiającą prędkością zbliżałam się do wyjścia z przepaści. Smok rzucił łbem po czym ryknął przeraźliwie, ostrzegając mnie abym schyliła głowę. W nasza stronę leciało stado harpii, rozwścieczonych, jazgoczących wiedźm o skrzydłach ptaka. Z trudem puściłam rękami szyję gada i napięłam cięciwę łuku. Jakimś cudem utrzymywałam się na jego grzbiecie zaciskając kolana i łydki na jego bokach. Był stosunkowo mały jak na ten gatunek, ale dzięki temu dużo zwinniejszy i szybszy. Wystrzeliłam strzałę. Potem drugą... trzecią... piątą... żadna nie chybiła celu, harpie z piskiem spadały w dół otchłani. Jedna z nich przeleciała nad moją głową i głęboko zadrapała w policzek. Jęknęłam i przez chwilę dezorientacji rozluźniłam ucisk łydek, spadając w ślad za wiedźmami. Smok ostro zawrócił i złapał mnie sekundę przed chwilą zetknięcia z ziemią.
-Dziękuję...-Szepnęłam zdruzgotana. Czemu zawszę muszę wychodzić na ofiarę?... Eh... takie już moje oszałamiająco ogromne szczęście...
-Nie postrzegam tego tak, nie przejmuj się.- Muszę opanować swoje myśli, nie chcę żeby dowiedział się zupełnie wszystkiego...
-Oh, Margo i tak wiem już chyba wszystko...- zaśmiał się pokrzepiająco.
-Hah... no tak...- skrzywiłam się na myśl o wszystkim co ostatnimi czasy przechodziło mi przez myśli. Mam naprawdę dobrze zabezpieczoną podświadomość, ale on ma do niej nieograniczony dostęp...
-Ja wcale nie zawszę chcę tego wszystkiego wysłuchiwać...- oznajmił po lądowaniu w ogromnej, białej sali mieszczącej się centralnie nad przepaścią.-Odbieram to jak słowa przez ciebie wypowiadane... nie kontroluje tego.
-Już dobrze, nie musisz mi się tłumaczyć. -Uśmiechnęłam się ironicznie patrząc mu w oczy. Były takie głębokie... widziałam w nich zrozumienie, zażyłe uczucie, którym mnie darzył. To była miłość, opieka, którą mnie otaczał. Miłość- w znaczeniu nie namiętności, czy pożądania, które tak bardzo dławił, ale miłość przyjaciela, może nawet uczucie godne bliskiego członka rodziny. Czułam to samo. W każdym calu... bez słowa zrobił krok do przodu i podarował mi cudownego przytulasa. Pierwszy raz, od na prawdę dawna, poczułam się bezpieczna. To ciepło... tak bardzo mi go brakowało. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, ile może zmienić zwykły, przyjacielski uścisk.
-Oho. Widzę, że Wenny na prawdę się na nas uwzięły...- stanął u mojego boku mierząc wzrokiem ogromnego, białego trolla skalnego stojącego naprzeciw nam. Był gotowy do ataku, wielkością przewyższał wiekowego dęba. Z pokiereszowanych ust ciekła gęsta ślina, między wyszczerzonymi zębami widniały szczątki ostatniego posiłku. Nie byłam wyższa od jednej z jego nóg... zamknęłam oczy. Issis poradziłaby sobie z nim jednym machnięciem ręki... ja muszę wysilić się trochę bardziej. Wyciągnęłam z kołczanu parę niewielkich strzał. Olbrzym, zaśmiał się na ich widok... Wystrzeliłam trafiając w jego prawy bok. Kawałek jego ciała rozpłynął się w powietrzu. Ten, rozwścieczony ryknął z bólu rzucając się na Syriusza krążącego wokół niego jako równie potężny, czarny lew. Stałam. Mała, niezauważona. Wkurzyłam się. Dosyć tego. Zaczęłam ciskać w niego falami cienistej mgły, zostawiające na jego bladym ciele głębokie rany, sama skryłam się wśród wzburzonego pyły wirującego w powietrzu.
Tym samym skupiłam na sobie jego uwagę i dałam Syriuszowi okazję do ostatecznego ciosu. Chwilę tarzali się po ziemi mocując. Szeptem wymawiałam zaklęcie ogłuszające, w sali rozbrzmiał przerażający pisk. Ja i mój towarzysz byliśmy na to w 100 % odporni, co innego nasz przeciwnik. Po chwili bezsilnego tarzania się po ziemi olbrzym opadło z sił. Zakręciło mi się w głowie. Po kilku sekundach walki z samą sobą osunęłam się na ziemię.
Przymknęłam powieki, aby uchronić oczy przed szalejącym wokół pyłem. Przyklejona do szyi Suriusa z oszałamiającą prędkością zbliżałam się do wyjścia z przepaści. Smok rzucił łbem po czym ryknął przeraźliwie, ostrzegając mnie abym schyliła głowę. W nasza stronę leciało stado harpii, rozwścieczonych, jazgoczących wiedźm o skrzydłach ptaka. Z trudem puściłam rękami szyję gada i napięłam cięciwę łuku. Jakimś cudem utrzymywałam się na jego grzbiecie zaciskając kolana i łydki na jego bokach. Był stosunkowo mały jak na ten gatunek, ale dzięki temu dużo zwinniejszy i szybszy. Wystrzeliłam strzałę. Potem drugą... trzecią... piątą... żadna nie chybiła celu, harpie z piskiem spadały w dół otchłani. Jedna z nich przeleciała nad moją głową i głęboko zadrapała w policzek. Jęknęłam i przez chwilę dezorientacji rozluźniłam ucisk łydek, spadając w ślad za wiedźmami. Smok ostro zawrócił i złapał mnie sekundę przed chwilą zetknięcia z ziemią.
-Dziękuję...-Szepnęłam zdruzgotana. Czemu zawszę muszę wychodzić na ofiarę?... Eh... takie już moje oszałamiająco ogromne szczęście...
-Nie postrzegam tego tak, nie przejmuj się.- Muszę opanować swoje myśli, nie chcę żeby dowiedział się zupełnie wszystkiego...
-Oh, Margo i tak wiem już chyba wszystko...- zaśmiał się pokrzepiająco.
-Hah... no tak...- skrzywiłam się na myśl o wszystkim co ostatnimi czasy przechodziło mi przez myśli. Mam naprawdę dobrze zabezpieczoną podświadomość, ale on ma do niej nieograniczony dostęp...
-Ja wcale nie zawszę chcę tego wszystkiego wysłuchiwać...- oznajmił po lądowaniu w ogromnej, białej sali mieszczącej się centralnie nad przepaścią.-Odbieram to jak słowa przez ciebie wypowiadane... nie kontroluje tego.
-Już dobrze, nie musisz mi się tłumaczyć. -Uśmiechnęłam się ironicznie patrząc mu w oczy. Były takie głębokie... widziałam w nich zrozumienie, zażyłe uczucie, którym mnie darzył. To była miłość, opieka, którą mnie otaczał. Miłość- w znaczeniu nie namiętności, czy pożądania, które tak bardzo dławił, ale miłość przyjaciela, może nawet uczucie godne bliskiego członka rodziny. Czułam to samo. W każdym calu... bez słowa zrobił krok do przodu i podarował mi cudownego przytulasa. Pierwszy raz, od na prawdę dawna, poczułam się bezpieczna. To ciepło... tak bardzo mi go brakowało. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, ile może zmienić zwykły, przyjacielski uścisk.
-Oho. Widzę, że Wenny na prawdę się na nas uwzięły...- stanął u mojego boku mierząc wzrokiem ogromnego, białego trolla skalnego stojącego naprzeciw nam. Był gotowy do ataku, wielkością przewyższał wiekowego dęba. Z pokiereszowanych ust ciekła gęsta ślina, między wyszczerzonymi zębami widniały szczątki ostatniego posiłku. Nie byłam wyższa od jednej z jego nóg... zamknęłam oczy. Issis poradziłaby sobie z nim jednym machnięciem ręki... ja muszę wysilić się trochę bardziej. Wyciągnęłam z kołczanu parę niewielkich strzał. Olbrzym, zaśmiał się na ich widok... Wystrzeliłam trafiając w jego prawy bok. Kawałek jego ciała rozpłynął się w powietrzu. Ten, rozwścieczony ryknął z bólu rzucając się na Syriusza krążącego wokół niego jako równie potężny, czarny lew. Stałam. Mała, niezauważona. Wkurzyłam się. Dosyć tego. Zaczęłam ciskać w niego falami cienistej mgły, zostawiające na jego bladym ciele głębokie rany, sama skryłam się wśród wzburzonego pyły wirującego w powietrzu.
Tym samym skupiłam na sobie jego uwagę i dałam Syriuszowi okazję do ostatecznego ciosu. Chwilę tarzali się po ziemi mocując. Szeptem wymawiałam zaklęcie ogłuszające, w sali rozbrzmiał przerażający pisk. Ja i mój towarzysz byliśmy na to w 100 % odporni, co innego nasz przeciwnik. Po chwili bezsilnego tarzania się po ziemi olbrzym opadło z sił. Zakręciło mi się w głowie. Po kilku sekundach walki z samą sobą osunęłam się na ziemię.
***
Ocknęłam się... w swojej jaskini. Nie miałam świadomości, jak mogłam się tam znaleźć... Przed moimi oczami jaśniały twarze Syriusa i Kamilli. Chciałam unieść rękę, ale Syrius powstrzymał mnie jednym, zwinnym ruchem.
-Leż. Spokojnie, jesteś bezpieczna...- powiedział kojąco kładąc swoją dłoń na moim czole.
-Jak to się stało?- Wydusiłam z siebie w końcu czując niemiłosierny ból w klatce piersiowej. Dopiero gdy odsłoniłam znak wszystko w jednym momencie pojawiło się przed moimi oczami...
Martwa Dama usiłująca odgryźć mi twarz, olbrzym, harpie... wszystko naraz. Symbol piekł tak, jakby był całkiem świeży a przecież to było... gdzieś 2 doby temu...?
-Długo już tak leże?- Spojrzałam na nich z grymasem na twarzy.
-Dzisiaj, upływają równe 2 tygodnie... -
Zakryłam dłońmi twarz zdając sobie sprawę, jak długo leżałam bezczynnie robiąc z siebie ofiarę...
-Wszystko na swoim miejscu?
-Tak... teraz każdy gatunek ma swoje miejsce.
Zastanawia mnie jedno... dlaczego Lay tak łatwo odpuścił?
-Z tego co słyszałam nasz kolega nie lubi się przemęczać...- wyjaśniła
Kam siadając na skraju łoża.
-Przecież jest młody... czyżby tak łatwo się męczył? - zapytałam ironicznie wznosząc oczy ku sufitowi. Znak zapiekł żarząc się jak niewygaszony ogień...
-Ach, więc podsłuch. -uśmiechnęłam się wrednie.-Jaka szkoda, że ja nie mam takich możliwości... -Palcami przetarłam symbol, który zaraz po zetknięciu z opuszkami moich palców, w połowie wygasł.-Oj... nie złość się... teraz nadal wszystko słyszy, ale nie ma nade mną kontroli.- wytłumaczyłam wstawiając z łózka.
-Idę się rozejrzeć.
-Dzisiaj, upływają równe 2 tygodnie... -
Zakryłam dłońmi twarz zdając sobie sprawę, jak długo leżałam bezczynnie robiąc z siebie ofiarę...
-Wszystko na swoim miejscu?
-Tak... teraz każdy gatunek ma swoje miejsce.
Zastanawia mnie jedno... dlaczego Lay tak łatwo odpuścił?
-Z tego co słyszałam nasz kolega nie lubi się przemęczać...- wyjaśniła
Kam siadając na skraju łoża.
-Przecież jest młody... czyżby tak łatwo się męczył? - zapytałam ironicznie wznosząc oczy ku sufitowi. Znak zapiekł żarząc się jak niewygaszony ogień...
-Ach, więc podsłuch. -uśmiechnęłam się wrednie.-Jaka szkoda, że ja nie mam takich możliwości... -Palcami przetarłam symbol, który zaraz po zetknięciu z opuszkami moich palców, w połowie wygasł.-Oj... nie złość się... teraz nadal wszystko słyszy, ale nie ma nade mną kontroli.- wytłumaczyłam wstawiając z łózka.
-Idę się rozejrzeć.
(Wataha Mroku) Od Kamilli
Od dawna błąkałam się po nieznanych lasach... Szukałam watahy dobrej dla mnie. Nie chciałam zakładać swojej, bo nie jestem dobrym wodzem.
Znalazłam las w którym odczuwałam innych sprzymierzeńców. Nagle poczułam,
że ktoś mnie obserwacje. Moja intuicja nigdy nie zawodzi,
rzeczywiście jakieś spojrzenie wędrowało w moją stronę. Odwróciwszy się
zobaczyłam dziewczynie. Odczułam od niej jakąś energię. Dziewczyna
patrzyła się na mnie jeszcze jakąś chwilę i w końcu orzekła:
-Kim jesteś?
-Jestem Kamilla.- Odpowiedziałam i spojrzałam jej głęboko w oczy. Widać było, że w tej dziewczynie płynie krew wilka.
-Co tu robisz? -Dziewczyna zapytała tak samo mrocznie, jak zadała poprzednie pytanie.
-A ty kim jesteś? Nie wiem czy ci mogę ufać...
- Jestem Margo i chodzę po okolicy szukając członków do mojej watahy. Chyba mogę ci zaufać, od ciebie wręcz bije wilcza aura.
-Ja szukam odpowiedniej i mam wrażenie, że ją znalazłam.- Odparłam bez namysłu. Opłacało bo Margo od razu przyjęła mnie do watahy. Zrobiła to, zapewne też bez namysłu, ale widać, że była z siebie zadowolona. Margo zaprowadziła mnie do jaskini w której mieliśmy razem zamieszkać, przynajmniej na chwilę dopóki nie znajdę sobie swojej. Jaskinia miała tyle zabezpieczeń, że z ledwością udało mi się je wszystkie zapamiętać. W jaskini dowiedziałam się, że w watasze nie ma więcej członków niż nasza dwójka i jej Syriusz.
Mijały tygodnie. Z Margo bardzo się zaprzyjaźniłyśmy i ona bardzo chętnie opowiadała mi, o wszystkim co dzieje się dookoła. Największe zainteresowanie sprawiła dla mnie opowieść o cmentarzu. Nie, żebym się bała lecz się obawiałam co na tym cmentarzu mogło się zdarzyć albo może się zdarzyć. Zasnęłam w jaskini opanowana tymi opowieściami, usłyszałam tylko jak Margo wyszła. Gdy rano się zbudziłam Margo nie było. Poszłam do lasu porozglądać się po okolicy. Gdy stanęłam na skraju lasu zobaczyłam Margaret lecącą w rozerwanej bluzce nad lasem na ogromnym sokole. Nie było to dziwne, gdyż zapewne leciała na syriuszu. Przemieniłam się w wilka i pobiegłam czym prędzej do jaskini. Syriusz właśnie tam nadleciał. Zobaczyłam zmęczoną i całą zakrwawioną Margo. Podbiegłam do niej i... zobaczyłam to. Na jej piersi widniał znak japońskiego bożka śmierci. Nie wiedziałam jak się zachować, nigdy nie miała do czynienia z kimś kto został oznaczony tym symbolem... Pierwszy odruch jaki wpadł mi do głowy to było zabranie mojej przyjaciółki do jaskini gdzie będzie bezpieczna. Wzięłam ją więc pod ramię i poszłam z nią do jaskini. Za nami popełzał Syriusz, który zamienił się w węża. Położyłam Margo na łóżku i zaczęłam oglądać jej rany. Nie odezwałam się do niej ani słowem gdyż w takim stanie w jakim ją zobaczyłam uważałam to za zbyteczne. Nie umiałam uleczać tak jak Margo więc postanowiłam wreszcie coś powiedzieć, ale nagle zamarłam. Zobaczyłam za sobą przystojnego chłopaka. Bałam się kto to może być gdyż nie znam okolicy. Zaczęłam mówić:
-Kim jesteś i co tu robisz?
-Jestem Syriusz przepraszam, że Cię wystraszyłem ale odkąd obroniłem Margaret potrafię się zmienić w człowieka.
-Syriusz!!! To naprawdę ty!!! W życiu bym cię nie poznałam i w życiu bym nie przypuszczała, że potrafisz... Ja też nie wiedziałem, ale się udało.
-Gdzie byliście i czemu Margo ma znak no wiesz... ten na piersi?
-Ona ci wszystko powie tylko nie teraz bo widzisz w jakim ona jest stanie. Dajmy jej trochę spokoju, znam Margo jak dojdzie do siebie to się sama uleczy teraz musisz jej dać trochę samotności.
- Dobra, to pójdę się rozejrzeć po okolicy. - Wyszłam z jaskini... przede mną pojawił się chłopak. To był Philer...
-Ehh... czego tu szukasz?
-Kim jesteś?
-Jestem Kamilla.- Odpowiedziałam i spojrzałam jej głęboko w oczy. Widać było, że w tej dziewczynie płynie krew wilka.
-Co tu robisz? -Dziewczyna zapytała tak samo mrocznie, jak zadała poprzednie pytanie.
-A ty kim jesteś? Nie wiem czy ci mogę ufać...
- Jestem Margo i chodzę po okolicy szukając członków do mojej watahy. Chyba mogę ci zaufać, od ciebie wręcz bije wilcza aura.
-Ja szukam odpowiedniej i mam wrażenie, że ją znalazłam.- Odparłam bez namysłu. Opłacało bo Margo od razu przyjęła mnie do watahy. Zrobiła to, zapewne też bez namysłu, ale widać, że była z siebie zadowolona. Margo zaprowadziła mnie do jaskini w której mieliśmy razem zamieszkać, przynajmniej na chwilę dopóki nie znajdę sobie swojej. Jaskinia miała tyle zabezpieczeń, że z ledwością udało mi się je wszystkie zapamiętać. W jaskini dowiedziałam się, że w watasze nie ma więcej członków niż nasza dwójka i jej Syriusz.
Mijały tygodnie. Z Margo bardzo się zaprzyjaźniłyśmy i ona bardzo chętnie opowiadała mi, o wszystkim co dzieje się dookoła. Największe zainteresowanie sprawiła dla mnie opowieść o cmentarzu. Nie, żebym się bała lecz się obawiałam co na tym cmentarzu mogło się zdarzyć albo może się zdarzyć. Zasnęłam w jaskini opanowana tymi opowieściami, usłyszałam tylko jak Margo wyszła. Gdy rano się zbudziłam Margo nie było. Poszłam do lasu porozglądać się po okolicy. Gdy stanęłam na skraju lasu zobaczyłam Margaret lecącą w rozerwanej bluzce nad lasem na ogromnym sokole. Nie było to dziwne, gdyż zapewne leciała na syriuszu. Przemieniłam się w wilka i pobiegłam czym prędzej do jaskini. Syriusz właśnie tam nadleciał. Zobaczyłam zmęczoną i całą zakrwawioną Margo. Podbiegłam do niej i... zobaczyłam to. Na jej piersi widniał znak japońskiego bożka śmierci. Nie wiedziałam jak się zachować, nigdy nie miała do czynienia z kimś kto został oznaczony tym symbolem... Pierwszy odruch jaki wpadł mi do głowy to było zabranie mojej przyjaciółki do jaskini gdzie będzie bezpieczna. Wzięłam ją więc pod ramię i poszłam z nią do jaskini. Za nami popełzał Syriusz, który zamienił się w węża. Położyłam Margo na łóżku i zaczęłam oglądać jej rany. Nie odezwałam się do niej ani słowem gdyż w takim stanie w jakim ją zobaczyłam uważałam to za zbyteczne. Nie umiałam uleczać tak jak Margo więc postanowiłam wreszcie coś powiedzieć, ale nagle zamarłam. Zobaczyłam za sobą przystojnego chłopaka. Bałam się kto to może być gdyż nie znam okolicy. Zaczęłam mówić:
-Kim jesteś i co tu robisz?
-Jestem Syriusz przepraszam, że Cię wystraszyłem ale odkąd obroniłem Margaret potrafię się zmienić w człowieka.
-Syriusz!!! To naprawdę ty!!! W życiu bym cię nie poznałam i w życiu bym nie przypuszczała, że potrafisz... Ja też nie wiedziałem, ale się udało.
-Gdzie byliście i czemu Margo ma znak no wiesz... ten na piersi?
-Ona ci wszystko powie tylko nie teraz bo widzisz w jakim ona jest stanie. Dajmy jej trochę spokoju, znam Margo jak dojdzie do siebie to się sama uleczy teraz musisz jej dać trochę samotności.
- Dobra, to pójdę się rozejrzeć po okolicy. - Wyszłam z jaskini... przede mną pojawił się chłopak. To był Philer...
-Ehh... czego tu szukasz?
niedziela, 8 grudnia 2013
(Wataha Elektryczności) od Akatsuki ' ego
Pokazałem Waverly jaskinię, a przynajmniej tę zewnętrzną część, ponieważ zdawały się nie mieć końca. Okazało się niemalże, że każdy pokój jest wyposażony w mniejszy, bądź większy zbiornik wodny. Łazienka na miejscu.
- Co myślisz, żeby zapuścić się w dalsze granice tej jaskini? - Zapytała.
- Niby po co? - Spytałem.
- Pękasz? - Uśmiechnęła się lekceważąco.
Udałem, że uraziła moją dumę.
- Nie boję się, tylko nie rozumiem po co mamy tam iść - odparłem. - Bardziej by nalegał na szukanie nowych członków.
- Zawsze zdążymy - zbagatelizowała moją propozycję machnięciem ręki.
- Podobnie, jak zawsze zdążymy sprawdzić te jaskinie - odpowiedziałem, ale nie wyglądała na przekonaną. - Jak chcesz - dodałem. - W sumie to ciekawsze od snucia się po terenach w marnej nadziei znalezienia, jakiegoś wilka.
- Jeśli ciebie to zainteresuje to jest tutaj dużo klątw magicznych. Nie widziałem takich już od pięciu tysięcy lat - uśmiechnąłem się. - Nie ma czym się martwić.
- Nie będzie dużych strat dla tej watahy, jeśli przypadkiem się zamienisz w wiewiórkę - przyznała z lekko złośliwym uśmieszkiem.
- Raczej, miałem na myśli ciebie z tą zamianą - odparłem z miną niewiniątka. - Wszystkie klątwy będą skierowane na ciebie, bo ja jestem odporny na magię, po prostu na mnie nie działa, jakbym nie istniał.
Sprawienie, by jej złośliwy uśmiech znikł jej z twarzy sprawiło mi niejaką przyjemność, ale nie raczyłem jej o tym wspomnieć, bo za chwilę odzyskała swój rezon.
- Idziemy - pociągnęła mnie.
Szliśmy niecałe piętnaście minut ciągle wybierając drogę, która była najszersza (miało to pomóc przy orientacji, gdy będziemy wracać). Waverly ciągle się pusząc szła do przodu, a ja nie zwracałem na to uwagi. Wolałem ją chyba w stanie normalnym, a nie urażonej dumy. W pewnym momencie, jednak musieliśmy natrafić na TĄ pułapkę.
- Takie dziwne - szła przede mną, jakieś dwa metry. - Ciągle prosta droga.. Uaaaaa!!!!
- Co? - Powiedziałem wybudzony z zamyślenia, przede mną była wielka rozpadlina.
- Waverly? Gdzie jesteś? - Krzyknąłem (w nadziei, że będzie cicho i będę mógł ją tutaj zostawić z tym zabójczym kłębkiem futra zwanym Weslee.
- Jestem... Pod podłożem - odparła.
- Przecież tu jest urwisko - zaprotestowałem. - Jak mogłaś w nie wpaść.
- Tam nie ma urwiska - upierała się krzycząc na cały głos.
- Jest! - Odkrzyknąłem.
Sądząc po echu, jakie docierało z jej krzykiem i to jak był cichy oznaczało, że spadła... BARDZO głęboko. Westchnąłem ciężko i zawołałem:
- Dasz radę wrócić na górę?
- Nie - usłyszałem odpowiedź z opóźnieniem. - Tutaj jest, jakaś sieć i... PAJĄKI?! - Wydarła się.
- Chyba nie mam wyboru - westchnąłem.
Nie miałem ochoty pakować się w kłopoty. Nienawidziłem ich i unikałem, jak ognia, podobnie jak wszystkich przygód, dlatego prawie nikt o mnie nie słyszał i dobrze, jeszcze by czegoś ode mnie oczekiwali. Wolę pozostać incognito i zmieniać nazwiska ilekroć muszę zainterweniować i zrobić coś wykraczającego poza codzienność. Tylko, że teraz...
Mogłem zawrócić i ją zostawić na pastwę losu, zostać tchórzem, takim jakim jestem przeważnie, bądź pofatygować się na dół i przeżyć jakąś przygodę.
- Dlaczego nie jestem jakimś zwykłym gościem i nie śpię sobie, podczas tej pozornie spokojnej i nudnej nocy - mruknąłem tym samym decydując, iż skoczę na dół. - Tylko jakimś głupcem nadstawiającym karku.
Wiem... Byłby to wspaniały okrzyk bojowy - pomyślałem z ironią. - Pełen odwagi i porywający do walki.
Zrobiłem jeden krok przed siebie i grunt się skończył pode mną. Nie spadałem po raz pierwszy, ale to nie należało do moich ulubionych czynności. Miałem wrażenie, że przy tej prędkości skóra odczepia mi się od kości.
- O nie - jęknąłem. - Zapomniałem zwolnć, by móc wylądować.
Dno jaskini z patrzącą się na mnie, jak na wariata Waverly zbliżało się niebezpiecznie blisko. Zawsze istniał, jakiś ratunek. Kontrola nad grawitacją, tylko, że nie używałem jej od...
Skupiłem się z całych sił, by jak najszybciej zwolnić mój lot i zatrzymałem się 10 cm nad powierzchnią.
Odetchnąłem z ulgą.
- Lot ekspresowy - oświadczyłem z miną, jakby mnie naszła choroba lokomocyjna. - Najwyższy priorytet. Najszybszy transport.
- Nie wydaje mi się, żeby to było zamierzone - odparła. - Twoja mina podczas spadania przywodziła mi na myśl, jakbyś się modlił, żebyś wyszedł z tego cało, a nawiasem mówiąc zaraz do nas dotrze całe stado czarnych wdów (pająków).
- Mam pomysł - odparłem. - Uniosę nas, a ty je zniszczysz z góry. Wskakuj.
Nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć złapałem ją i uniosłem na rękach przed sobą, nie wspominając jej o tym, że mógłbym nas unieść oddzielnie, skoro mam ryzykować życie to na całego.
- Co? Ej! Postaw mnie!?
Podleciałem w powietrze, tak by przestała się wyrywać.
- A teraz możesz zniszczyć te pająki - powiedziałem z uśmiechem. - Ja mam obie ręce zajęte.
- Jeśli spróbujesz zrobić coś zboczonego to cię zabiję - powiedziała starając się brzmieć lodowato, ale nieco się zaczerwieniła.
- Domyślam się - odparłem z uśmiechem. - Wezmę to pod uwagę.
Nagle całą jaskinią wstrząsnął wielki rumor.
- Idzie coś większego - oceniłem tracąc humor.
- Co myślisz, żeby zapuścić się w dalsze granice tej jaskini? - Zapytała.
- Niby po co? - Spytałem.
- Pękasz? - Uśmiechnęła się lekceważąco.
Udałem, że uraziła moją dumę.
- Nie boję się, tylko nie rozumiem po co mamy tam iść - odparłem. - Bardziej by nalegał na szukanie nowych członków.
- Zawsze zdążymy - zbagatelizowała moją propozycję machnięciem ręki.
- Podobnie, jak zawsze zdążymy sprawdzić te jaskinie - odpowiedziałem, ale nie wyglądała na przekonaną. - Jak chcesz - dodałem. - W sumie to ciekawsze od snucia się po terenach w marnej nadziei znalezienia, jakiegoś wilka.
- Jeśli ciebie to zainteresuje to jest tutaj dużo klątw magicznych. Nie widziałem takich już od pięciu tysięcy lat - uśmiechnąłem się. - Nie ma czym się martwić.
- Nie będzie dużych strat dla tej watahy, jeśli przypadkiem się zamienisz w wiewiórkę - przyznała z lekko złośliwym uśmieszkiem.
- Raczej, miałem na myśli ciebie z tą zamianą - odparłem z miną niewiniątka. - Wszystkie klątwy będą skierowane na ciebie, bo ja jestem odporny na magię, po prostu na mnie nie działa, jakbym nie istniał.
Sprawienie, by jej złośliwy uśmiech znikł jej z twarzy sprawiło mi niejaką przyjemność, ale nie raczyłem jej o tym wspomnieć, bo za chwilę odzyskała swój rezon.
- Idziemy - pociągnęła mnie.
Szliśmy niecałe piętnaście minut ciągle wybierając drogę, która była najszersza (miało to pomóc przy orientacji, gdy będziemy wracać). Waverly ciągle się pusząc szła do przodu, a ja nie zwracałem na to uwagi. Wolałem ją chyba w stanie normalnym, a nie urażonej dumy. W pewnym momencie, jednak musieliśmy natrafić na TĄ pułapkę.
- Takie dziwne - szła przede mną, jakieś dwa metry. - Ciągle prosta droga.. Uaaaaa!!!!
- Co? - Powiedziałem wybudzony z zamyślenia, przede mną była wielka rozpadlina.
- Waverly? Gdzie jesteś? - Krzyknąłem (w nadziei, że będzie cicho i będę mógł ją tutaj zostawić z tym zabójczym kłębkiem futra zwanym Weslee.
- Jestem... Pod podłożem - odparła.
- Przecież tu jest urwisko - zaprotestowałem. - Jak mogłaś w nie wpaść.
- Tam nie ma urwiska - upierała się krzycząc na cały głos.
- Jest! - Odkrzyknąłem.
Sądząc po echu, jakie docierało z jej krzykiem i to jak był cichy oznaczało, że spadła... BARDZO głęboko. Westchnąłem ciężko i zawołałem:
- Dasz radę wrócić na górę?
- Nie - usłyszałem odpowiedź z opóźnieniem. - Tutaj jest, jakaś sieć i... PAJĄKI?! - Wydarła się.
- Chyba nie mam wyboru - westchnąłem.
Nie miałem ochoty pakować się w kłopoty. Nienawidziłem ich i unikałem, jak ognia, podobnie jak wszystkich przygód, dlatego prawie nikt o mnie nie słyszał i dobrze, jeszcze by czegoś ode mnie oczekiwali. Wolę pozostać incognito i zmieniać nazwiska ilekroć muszę zainterweniować i zrobić coś wykraczającego poza codzienność. Tylko, że teraz...
Mogłem zawrócić i ją zostawić na pastwę losu, zostać tchórzem, takim jakim jestem przeważnie, bądź pofatygować się na dół i przeżyć jakąś przygodę.
- Dlaczego nie jestem jakimś zwykłym gościem i nie śpię sobie, podczas tej pozornie spokojnej i nudnej nocy - mruknąłem tym samym decydując, iż skoczę na dół. - Tylko jakimś głupcem nadstawiającym karku.
Wiem... Byłby to wspaniały okrzyk bojowy - pomyślałem z ironią. - Pełen odwagi i porywający do walki.
Zrobiłem jeden krok przed siebie i grunt się skończył pode mną. Nie spadałem po raz pierwszy, ale to nie należało do moich ulubionych czynności. Miałem wrażenie, że przy tej prędkości skóra odczepia mi się od kości.
- O nie - jęknąłem. - Zapomniałem zwolnć, by móc wylądować.
Dno jaskini z patrzącą się na mnie, jak na wariata Waverly zbliżało się niebezpiecznie blisko. Zawsze istniał, jakiś ratunek. Kontrola nad grawitacją, tylko, że nie używałem jej od...
Skupiłem się z całych sił, by jak najszybciej zwolnić mój lot i zatrzymałem się 10 cm nad powierzchnią.
Odetchnąłem z ulgą.
- Lot ekspresowy - oświadczyłem z miną, jakby mnie naszła choroba lokomocyjna. - Najwyższy priorytet. Najszybszy transport.
- Nie wydaje mi się, żeby to było zamierzone - odparła. - Twoja mina podczas spadania przywodziła mi na myśl, jakbyś się modlił, żebyś wyszedł z tego cało, a nawiasem mówiąc zaraz do nas dotrze całe stado czarnych wdów (pająków).
- Mam pomysł - odparłem. - Uniosę nas, a ty je zniszczysz z góry. Wskakuj.
Nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć złapałem ją i uniosłem na rękach przed sobą, nie wspominając jej o tym, że mógłbym nas unieść oddzielnie, skoro mam ryzykować życie to na całego.
- Co? Ej! Postaw mnie!?
Podleciałem w powietrze, tak by przestała się wyrywać.
- A teraz możesz zniszczyć te pająki - powiedziałem z uśmiechem. - Ja mam obie ręce zajęte.
- Jeśli spróbujesz zrobić coś zboczonego to cię zabiję - powiedziała starając się brzmieć lodowato, ale nieco się zaczerwieniła.
- Domyślam się - odparłem z uśmiechem. - Wezmę to pod uwagę.
Nagle całą jaskinią wstrząsnął wielki rumor.
- Idzie coś większego - oceniłem tracąc humor.
Subskrybuj:
Posty (Atom)