Pokazałem Waverly jaskinię, a przynajmniej tę zewnętrzną część, ponieważ zdawały się nie mieć końca. Okazało się niemalże, że każdy pokój jest wyposażony w mniejszy, bądź większy zbiornik wodny. Łazienka na miejscu.
- Co myślisz, żeby zapuścić się w dalsze granice tej jaskini? - Zapytała.
- Niby po co? - Spytałem.
- Pękasz? - Uśmiechnęła się lekceważąco.
Udałem, że uraziła moją dumę.
- Nie boję się, tylko nie rozumiem po co mamy tam iść - odparłem. - Bardziej by nalegał na szukanie nowych członków.
- Zawsze zdążymy - zbagatelizowała moją propozycję machnięciem ręki.
- Podobnie, jak zawsze zdążymy sprawdzić te jaskinie - odpowiedziałem, ale nie wyglądała na przekonaną. - Jak chcesz - dodałem. - W sumie to ciekawsze od snucia się po terenach w marnej nadziei znalezienia, jakiegoś wilka.
- Jeśli ciebie to zainteresuje to jest tutaj dużo klątw magicznych. Nie widziałem takich już od pięciu tysięcy lat - uśmiechnąłem się. - Nie ma czym się martwić.
- Nie będzie dużych strat dla tej watahy, jeśli przypadkiem się zamienisz w wiewiórkę - przyznała z lekko złośliwym uśmieszkiem.
- Raczej, miałem na myśli ciebie z tą zamianą - odparłem z miną niewiniątka. - Wszystkie klątwy będą skierowane na ciebie, bo ja jestem odporny na magię, po prostu na mnie nie działa, jakbym nie istniał.
Sprawienie, by jej złośliwy uśmiech znikł jej z twarzy sprawiło mi niejaką przyjemność, ale nie raczyłem jej o tym wspomnieć, bo za chwilę odzyskała swój rezon.
- Idziemy - pociągnęła mnie.
Szliśmy niecałe piętnaście minut ciągle wybierając drogę, która była najszersza (miało to pomóc przy orientacji, gdy będziemy wracać). Waverly ciągle się pusząc szła do przodu, a ja nie zwracałem na to uwagi. Wolałem ją chyba w stanie normalnym, a nie urażonej dumy. W pewnym momencie, jednak musieliśmy natrafić na TĄ pułapkę.
- Takie dziwne - szła przede mną, jakieś dwa metry. - Ciągle prosta droga.. Uaaaaa!!!!
- Co? - Powiedziałem wybudzony z zamyślenia, przede mną była wielka rozpadlina.
- Waverly? Gdzie jesteś? - Krzyknąłem (w nadziei, że będzie cicho i będę mógł ją tutaj zostawić z tym zabójczym kłębkiem futra zwanym Weslee.
- Jestem... Pod podłożem - odparła.
- Przecież tu jest urwisko - zaprotestowałem. - Jak mogłaś w nie wpaść.
- Tam nie ma urwiska - upierała się krzycząc na cały głos.
- Jest! - Odkrzyknąłem.
Sądząc po echu, jakie docierało z jej krzykiem i to jak był cichy oznaczało, że spadła... BARDZO głęboko. Westchnąłem ciężko i zawołałem:
- Dasz radę wrócić na górę?
- Nie - usłyszałem odpowiedź z opóźnieniem. - Tutaj jest, jakaś sieć i... PAJĄKI?! - Wydarła się.
- Chyba nie mam wyboru - westchnąłem.
Nie miałem ochoty pakować się w kłopoty. Nienawidziłem ich i unikałem, jak ognia, podobnie jak wszystkich przygód, dlatego prawie nikt o mnie nie słyszał i dobrze, jeszcze by czegoś ode mnie oczekiwali. Wolę pozostać incognito i zmieniać nazwiska ilekroć muszę zainterweniować i zrobić coś wykraczającego poza codzienność. Tylko, że teraz...
Mogłem zawrócić i ją zostawić na pastwę losu, zostać tchórzem, takim jakim jestem przeważnie, bądź pofatygować się na dół i przeżyć jakąś przygodę.
- Dlaczego nie jestem jakimś zwykłym gościem i nie śpię sobie, podczas tej pozornie spokojnej i nudnej nocy - mruknąłem tym samym decydując, iż skoczę na dół. - Tylko jakimś głupcem nadstawiającym karku.
Wiem... Byłby to wspaniały okrzyk bojowy - pomyślałem z ironią. - Pełen odwagi i porywający do walki.
Zrobiłem jeden krok przed siebie i grunt się skończył pode mną. Nie spadałem po raz pierwszy, ale to nie należało do moich ulubionych czynności. Miałem wrażenie, że przy tej prędkości skóra odczepia mi się od kości.
- O nie - jęknąłem. - Zapomniałem zwolnć, by móc wylądować.
Dno jaskini z patrzącą się na mnie, jak na wariata Waverly zbliżało się niebezpiecznie blisko. Zawsze istniał, jakiś ratunek. Kontrola nad grawitacją, tylko, że nie używałem jej od...
Skupiłem się z całych sił, by jak najszybciej zwolnić mój lot i zatrzymałem się 10 cm nad powierzchnią.
Odetchnąłem z ulgą.
- Lot ekspresowy - oświadczyłem z miną, jakby mnie naszła choroba lokomocyjna. - Najwyższy priorytet. Najszybszy transport.
- Nie wydaje mi się, żeby to było zamierzone - odparła. - Twoja mina podczas spadania przywodziła mi na myśl, jakbyś się modlił, żebyś wyszedł z tego cało, a nawiasem mówiąc zaraz do nas dotrze całe stado czarnych wdów (pająków).
- Mam pomysł - odparłem. - Uniosę nas, a ty je zniszczysz z góry. Wskakuj.
Nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć złapałem ją i uniosłem na rękach przed sobą, nie wspominając jej o tym, że mógłbym nas unieść oddzielnie, skoro mam ryzykować życie to na całego.
- Co? Ej! Postaw mnie!?
Podleciałem w powietrze, tak by przestała się wyrywać.
- A teraz możesz zniszczyć te pająki - powiedziałem z uśmiechem. - Ja mam obie ręce zajęte.
- Jeśli spróbujesz zrobić coś zboczonego to cię zabiję - powiedziała starając się brzmieć lodowato, ale nieco się zaczerwieniła.
- Domyślam się - odparłem z uśmiechem. - Wezmę to pod uwagę.
Nagle całą jaskinią wstrząsnął wielki rumor.
- Idzie coś większego - oceniłem tracąc humor.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz