piątek, 13 grudnia 2013

(Wataha Mroku) od Margo

W głębi ciągnących się, mrocznych tunelów znaleźliśmy całkiem przyzwoitą jaskinię. Zatrzymaliśmy się tam na odpoczynek przed dalszymi próbami. Syriusz przyznał się, że jako zwierze nie ma świadomości o możliwości zamiany w człowieka. Rozumie mnie, ale w tym wcieleniu pamięta na prawdę niewiele ze swoich czynów dokonanych jako zwierze. Po około 2 dniach (pod ziemią straciłam poczucie czasu) postanowiliśmy wyruszyć. Cały mój teren związany był traktatem, nierozerwalną pieczęcią. Muszą być jakieś straty... muszę przeżyć wszystkie przeciwności i wrócić na ziemię.
              Przymknęłam powieki, aby uchronić oczy przed szalejącym wokół pyłem. Przyklejona do szyi Suriusa z oszałamiającą prędkością zbliżałam się do wyjścia z przepaści. Smok rzucił łbem po czym ryknął przeraźliwie, ostrzegając mnie abym schyliła głowę. W nasza stronę leciało stado harpii, rozwścieczonych, jazgoczących wiedźm o skrzydłach ptaka. Z trudem puściłam rękami szyję gada i napięłam cięciwę łuku. Jakimś cudem utrzymywałam się na jego grzbiecie zaciskając kolana i łydki na jego bokach. Był stosunkowo mały jak na ten gatunek, ale dzięki temu dużo zwinniejszy i szybszy. Wystrzeliłam strzałę. Potem drugą... trzecią... piątą... żadna nie chybiła celu, harpie z piskiem spadały w dół otchłani. Jedna z nich przeleciała nad moją głową i głęboko zadrapała w policzek. Jęknęłam i przez chwilę dezorientacji rozluźniłam ucisk łydek, spadając w ślad za wiedźmami. Smok ostro zawrócił i złapał mnie sekundę przed chwilą zetknięcia z ziemią.
-Dziękuję...-Szepnęłam zdruzgotana. Czemu zawszę muszę wychodzić na ofiarę?... Eh... takie już moje oszałamiająco ogromne szczęście...
-Nie postrzegam tego tak, nie przejmuj się.- Muszę opanować swoje myśli, nie chcę żeby dowiedział się zupełnie wszystkiego...
-Oh, Margo i tak wiem już chyba wszystko...- zaśmiał się pokrzepiająco.
-Hah... no tak...- skrzywiłam się na myśl o wszystkim co ostatnimi czasy przechodziło mi przez myśli. Mam naprawdę dobrze zabezpieczoną podświadomość, ale on ma do niej nieograniczony dostęp...
-Ja wcale nie zawszę chcę tego wszystkiego wysłuchiwać...- oznajmił po lądowaniu w ogromnej, białej sali mieszczącej się centralnie nad przepaścią.-Odbieram to jak słowa przez ciebie wypowiadane... nie kontroluje tego.
-Już dobrze, nie musisz mi się tłumaczyć. -Uśmiechnęłam się ironicznie patrząc mu w oczy. Były takie głębokie... widziałam w nich zrozumienie, zażyłe uczucie, którym mnie darzył. To była miłość, opieka, którą mnie otaczał. Miłość- w znaczeniu nie namiętności, czy pożądania, które tak bardzo dławił, ale miłość przyjaciela, może nawet uczucie godne bliskiego członka rodziny. Czułam to samo. W każdym calu... bez słowa zrobił krok do przodu i podarował mi cudownego przytulasa. Pierwszy raz, od na prawdę dawna, poczułam się bezpieczna. To ciepło... tak bardzo mi go brakowało. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, ile może zmienić zwykły, przyjacielski uścisk.
-Oho. Widzę, że Wenny na prawdę się na nas uwzięły...- stanął u mojego boku mierząc wzrokiem ogromnego, białego trolla skalnego stojącego naprzeciw nam. Był gotowy do ataku, wielkością przewyższał wiekowego dęba. Z pokiereszowanych ust ciekła gęsta ślina, między wyszczerzonymi zębami widniały szczątki ostatniego posiłku. Nie byłam wyższa od jednej z jego nóg... zamknęłam oczy. Issis poradziłaby sobie z nim jednym machnięciem ręki... ja muszę wysilić się trochę bardziej. Wyciągnęłam z kołczanu parę niewielkich strzał. Olbrzym, zaśmiał się na ich widok... Wystrzeliłam trafiając w jego prawy bok. Kawałek jego ciała rozpłynął się w powietrzu. Ten, rozwścieczony ryknął z bólu rzucając się na Syriusza krążącego wokół niego jako równie potężny, czarny lew. Stałam. Mała, niezauważona. Wkurzyłam się. Dosyć tego. Zaczęłam ciskać w niego falami cienistej mgły, zostawiające na jego bladym ciele głębokie rany, sama skryłam się wśród wzburzonego pyły wirującego w powietrzu.
Tym samym skupiłam na sobie jego uwagę i dałam Syriuszowi okazję do ostatecznego ciosu. Chwilę tarzali się po ziemi mocując. Szeptem wymawiałam zaklęcie ogłuszające, w sali rozbrzmiał przerażający pisk. Ja i mój towarzysz byliśmy na to w 100 % odporni, co innego nasz przeciwnik. Po chwili bezsilnego tarzania się po ziemi olbrzym opadło z sił. Zakręciło mi się w głowie. Po kilku sekundach walki z samą sobą osunęłam się na ziemię.
***
Ocknęłam się... w swojej jaskini. Nie miałam świadomości, jak mogłam się tam znaleźć... Przed moimi oczami jaśniały twarze Syriusa i Kamilli. Chciałam unieść rękę, ale Syrius powstrzymał mnie jednym, zwinnym ruchem. 
-Leż. Spokojnie, jesteś bezpieczna...- powiedział kojąco kładąc swoją dłoń na moim czole.
-Jak to się stało?- Wydusiłam z siebie w końcu czując niemiłosierny ból w klatce piersiowej. Dopiero gdy odsłoniłam znak wszystko w jednym momencie pojawiło się przed moimi oczami... 
Martwa Dama usiłująca odgryźć mi twarz, olbrzym, harpie... wszystko naraz. Symbol piekł tak, jakby był całkiem świeży a przecież to było... gdzieś 2 doby temu...?
-Długo już tak leże?- Spojrzałam na nich z grymasem na twarzy.
-Dzisiaj, upływają równe 2 tygodnie... -
Zakryłam dłońmi twarz zdając sobie sprawę, jak długo leżałam bezczynnie robiąc z siebie ofiarę...
-Wszystko na swoim miejscu?
-Tak... teraz każdy gatunek ma swoje miejsce.
Zastanawia mnie jedno... dlaczego Lay tak łatwo odpuścił?
-Z tego co słyszałam nasz kolega nie lubi się przemęczać...- wyjaśniła
Kam siadając na skraju łoża.
-Przecież jest młody... czyżby tak łatwo się męczył? - zapytałam ironicznie wznosząc oczy ku sufitowi. Znak zapiekł żarząc się jak niewygaszony ogień...
-Ach, więc podsłuch. -uśmiechnęłam się wrednie.-Jaka szkoda, że ja nie mam takich możliwości... -Palcami przetarłam symbol, który zaraz po zetknięciu z opuszkami moich palców, w połowie wygasł.-Oj... nie złość się... teraz nadal wszystko słyszy, ale nie ma nade mną kontroli.- wytłumaczyłam wstawiając z łózka.
-Idę się rozejrzeć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz