A więc mam przeprowadzić je przez Servie... jestem pewna, że Issis doskonale da sobie radę sama, to... po co ja? Gdy alfa eteru opuściła moją jaskinie pokręciłam głową i uśmiechnęłam się drwiąco. Owszem, szanuje ją, ale ona mówi wszystko tak... teatralnie... i chyba nie zna mnie na tyle, aby wiedzieć, że ja na prawdę niewiele rzeczy traktuję poważnie... "nie jest ci dane poznać cel tej misji". To dlaczego mnie w to miesza? Owszem połódniowe równiny są niebezpieczne, dla amatorów nawet zabójcze, ale alfa mrozu na pewno przebyła już nie jedną z nich. Musiałam pilnować się żeby nie rozmawiać z Avril z byt ironicznie, choć chwilami wymykało się to z pod mojej kontroli. Ale ona najwyraźniej nic nie podejżewała... Wszystkie zdania wypowiadała oficjalnie... i jeszcze ta cała szopka z telepatią. W mojej głowie zawsze jest zamęt, jestem trochę roztrzepana, akurat przed jej wizytą rozpracowywałam Japońską księgę Sang, aby móc komónikować się z Layem, który jest mną dziwnie zainteresowany. Wygląda na to, że będę musiała podjąć się tej wyprawy. To będzie doskonała okazja do bliższego poznania wyroczni i samej Issis. Avril zachowuje się jak czysta władczyni, diametralnie różni się od swojej siostry. Obie z nich mają interesujące osobowości... ten czas wolałabym poświęcić na załatwinie swoich spraw, których niestety ciągle przybywa. Kamilla i Syrius zostaną na terenach watahy, mimo wszystko wole aby nie ryzykowali... teraz pozostało mi oswojenie któregoś z rumaków zamieszkujących zimie mroku...
Z zamkniętymi oczami starałam się wyczuć obecność koni w pobliżu. Poczułam silny impuls. Napływ... szczęścia? Siły?
~Jestem tu... czekam... ~ wypowiedziałam szeptem wsłuchując się w rytmiczny stukot setek kopyt. Głuche rżenie roznoszone przez pędzący u ich boku wiatr... parskanie unoszące się echem pośród nagich skał... źródło niewyobrażalnej siły pędzącej w swym niesamowitym żywiole... jednym słowem... magia...
W jednym momencie cały haos ustał. Uniosłam powieki. Mym oczom ukazało się stado legendarnych rumaków. Niespokojne, drżące ciała krążące w miejscu nie pozostawiały zastrzeżeń. Właśnie stałam twarzą w twarz z mitycznymi stworzeniami... jeden z nich wyłonił się z całego stada stając dosłownie krok ode mnie... Uniosłam rękę. Koń prychnął wydychając kłęby pary. Delikatnie położyłam dłoń na ciepłych chrapach jednorożca. Nie miałam wontpliwości. To on. Na jego grzbiecie pokonam połódniowe równiny. Uosobienie wolności, braku granic... stało u mojego boku. Rozwiana grzywa, smukłe silne nogi i... ten niepowtarzalny błysk w oku. Miłość do cwału po nieprzebytych ziemiach, ścigania z wiatrem... spojżałam mu w oczy. Była w nich niepewność, ale i spragnienie czułości... gdy ocknęłam się z amoku stał tam tylko on. Coś trzymało go w miejscu, lecz nogi drżały w gotowości. Szarawa sierść i czarne ślepia mówiły same za siebie... wierzchowiec skazany za występki swojego właściciela. Niewinne stworzenie... a jednak nie miał innego wyjścia... . Wilki Mroku kierują się własnymi prawami, tak jak inne stworzenia zamieszkujące te tereny. Na jego ciele widniały liczne blizny... zad pokiereczowany batem i kopyta zdarte od morderczej wendrówki...
-Biedaku... -jęknęłam oglądając bliżej jeszcze świerze rany. -Jesteś tu od niedawna, prawda? - w odpowiedzi zarżał cicho odwracając łeb w moją strnę. Powoli założyłam mu własnoręcznie wykonany kantar z cienkiej liny i odprowadziłam do jaskini... tam zrobiłam mu ciepłe posłanie z mchu i nakarmiłam.
-Co oni ci zrobili?-westchnęłam znowu lecząc kopyta i rany. Światło... cudowny żywiał nisący szczęście... a jednak...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz