poniedziałek, 23 grudnia 2013

(Wataha Mrozu) od Issis



Rzuciłam się z impetem w miękkie łóżko i zaczęłam rozmyślać o szykującej się wyprawie. Do przebycia Zachodniej Równiny, czy jak kto woli Servii będą potrzebne spore zapasy. Z tego co mi wiadomo, nie należy do zbyt obfitujących w żywność ziem. Część na pewno weźmie Margo, my także będziemy miały trochę czasu by coś upolować. Przyda się także kilka bukłaków słodkiej wody. Westchnęłam głośno. Nie podobało mi się to, że Servia będzie naszym najdłuższym etapem podróży. Wolałabym tam zostać jak najkrócej, to nie są bezpieczne tereny. Nasze konie się nie męczą, z pewnością same przebyłybyśmy ją o wiele szybciej. Z kolei, jeśli narazimy się na atak jakiegoś stworzenia, sama nie mam szansy obronić siebie i wyroczni, która nigdy nie widziała na oczy broni.
No dobra, dość rozmyślań czas wziąć się do roboty. Naciągnęłam na nogi długie, wygodne buty i wsunęłam do jednego z nich krótki nóż. Zarzuciłam na plecy ciepłą opończę i założyłam na głowę kaptur, przesłaniający większą część mojej twarzy. Przez plecy przewiesiłam kołczan ze strzałami i duży zdobiony łuk, doskonały do polowań. Sięgnęłam ręką w głąb szafy i wyjęłam z niej grube, ciepłe futro. Domyślam, się, ze zwykłe wilki z powietrza nie mają w posiadaniu takich ciuchów. Złapałam swój ukochany biały kostur i już miałam się przenieść na tereny watahy powietrza, kiedy usłyszałam ciche warknięcie.
- Tym razem zostajesz - mruknęłam do kota i wylądowałam centralnie na szczycie Góry Wichrów.
Przeszłam 20 kroków na wschód i 7 na północ. Przykucnęłam i odsunęłam ręką zarośla. Ujrzawszy malutką szczelinę w ziemi uśmiechnęłam się z zadowoleniem. Odgarnęłam ręką glebę i natrafiłam na zimną, twardą skałę. Z większym wysiłkiem powoli ją podniosłam. Moim oczom ukazała się ziejąca czernią szczelina w ziemi, dostatecznie duża,by bezproblemowo w nią wejść. Bez wahania skoczyłam w przepaść pod sobą. Po omacku wyszukałam na ścianie pochodnię i rozpaliłam ją niebieskim płomieniem. Czyli tajne wejścia jeszcze działają- stwierdziłam z nieukrywanym zadowoleniem. Powoli ruszyłam przed siebie krętym korytarzem oświetlanym bladym blaskiem pochodni. Cicho wygwizdywałam melodię ulubionej piosenki. Wąski korytarz wił się i rozgałęział bez końca. Raz opadał w dół, innym zaś razem prowadził stromo pod górę. Ja miałam to szczęście dobrze znać te korytarze i nie dać się zwieść pozornie łatwiejszym do przebycia drogom, kończącym się zazwyczaj czymś znacznie mniej przyjemnym niż strome podejście, czy wybrakowane schody. Od wejścia do największej groty jaskini powietrza, zwanej Jaskinią Letniej Bryzy, dzieliła mnie już satelitarna odległość, kiedy usłyszałam paniczny krzyk. Bez wahania zmieniłam się w wilka i ruszyłam pędem przed siebie. Naprędce usiłowałam przypomnieć sobie rozkład tutejszych pomieszczeń. Po pokonaniu paru zawiłych korytarzy dosłownie wyleciałam na skalną półkę znajdującą się kilkanaście metrów nad podłożem Jaskini Letniej Bryzy. I co ujrzałam? Stadko dusz upadłych wilków atakujących, nie kogo innego, niż MOJĄ wyrocznię! Zmieniłam postać na człowieka i napięłam cięciwę łuku. Wypuściłam po kolei trzy strzały celując w znajdujące się najbliżej niej upiory. Nie chybiłam ani razu. Rzuciłam się w panujący na dole harmider zmieniając w locie postać. Spadłam na grzbiet jednego z nich i bez wahania go zagryzłam. Rzuciłam się na następnego zerkając kątem oka na wyrocznie. Chroniły ją słabe zaklęcia ochronne, jednak wiecznie nie będzie mogła odpierać ataków. Kolejny przeciwnik również padł. Odwróciłam się i rozszarpałam gardło następnemu. Zmieniłam postać na ludzką i zdzieliłam w brzuch kosturem cień wilka skaczący mi do gardła, tym samym odtrącając do pod ścianę. Wyszarpałam nóż z buta i urywanymi słowami wyszeptałam pierwsze lepsze zaklęcie, które przyszło mi do głowy. Cisnęłam nożem w przeciwnika będącego najbliżej złamania bariery chroniącej przerażoną dziewczynę. Trafiony w mgnieniu oka staną w oślepiającym świetle, a wokół niego z hukiem wybuchły kolorowe fajerwerki. Przejechałam dłonią po twarzy w geście załamania. Co się z tobą dzieje? Nie znasz innych zaklęć? - skarciłam siebie w myślach.  Jedyną przewagą jaką zdołały nam dać wywołane w pośpiechu fajerwerki, było to , ze przerażone wybuchem upiory uciekły ze skowytem. Bezrozumne istoty. Podeszłam do trafionych strzałami osobników i wyszarpałam je z ich cienistych ciał. Były zbyt dobre, aby zostawić je na stracenie. Podnosząc wzrok zobaczyłam, ze dziewczyna schyla się aby podnieść mój nóż.
- Sz! - syknęłam i uniosłam ostrzegawczo rękę - Nie radzę.
Dziewczyna popatrzyła na mnie pełnymi przerażenia oczami i ostrożnie wycofała się do tyłu. Podeszłam do broni i wyszeptałam frazę dezaktywującą działanie zaklęcia, po czym z powrotem schowałam nóż do buta. Zmieniłam się w wilka i podeszłam płynnym, wolnym krokiem do dziewczyny patrząc nań błękitnymi jak lód oczami.W tej samej chwili wpadły do groty trzy przerażone i widocznie wściekłe wilki. Wśród jednego z nich rozpoznałam Aulidę - alfę powietrza.
- Co tu się stało?! - wykrzyknęła Aulida - Yoko? Nic ci nie jest?
- Ekchem - odchrząknęłam i pozwoliłam panującemu wewnątrz mojego ciała chłodowi ujść na zewnątrz, tak by i inni go odczuli - Ja też tutaj jestem. - powiedziałam niewinnie.
- Kim jesteś i co tutaj robisz? - odezwała się wadera stojąca za swoją alfą.
- Aulida wie kim jestem i to jej wystarczy. A jestem tu, gdyż potrzebuję waszej wyroczni.
- A czy to przepadkiem nie jest próba uprowadzenia - ozwał się basior i podszedł do mnie dumnym krokiem.
- Kochaniutki, gdyby to była próba porwania, to nie byłabym taka miła - powiedziałam słodkim melodyjnym głosem.
- Miła?! Wparowujesz do naszej jaskini bez pozwolenia podczas naszej nieobecności i urządzasz nam tutaj masakrę. - Zmienił się w człowieka i zbliżył czubek miecza do mojego gardła.
Nadal siedziałam na podłodze w postaci wilka niewzruszona.
- Naprawdę jesteś na tyle odważny by zaatakować nieuzbrojonego? A więc próbuj.
Widziałam jak się w nim gotowało. Podniósł z ziemi leżący nieopodal miecz i mi go rzucił.
- Łap! - warknął.
Zmieniłam się w człowieka i zręcznie złapał miecz
-Broń się jeśli potrafisz - powiedział opryskliwie i rzucił się na mnie.
Z ust Aulidy wydarł się stłumiony okrzyk. Bez większych problemów wytrąciłam mu z rąk miecz, kiedy tylko się zbliżył, a następnie rzuciłam na ziemię swój. Spojrzał na mnie zdumiony.
- Nie potrzebuję twojego miecza, mam dość własnej broni.
Podeszłam do niego i położyłam mu dłoń na ramieniu.
- W twoim sercu drzemie naprawdę wielka odwaga i niezmierna siła. Lecz jeszcze nie czas, byś ją zbudził, Danny.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Skąd znasz moje imię?
Uśmiechnęłam się beztrosko i szepnęłam mu do ucha.
- Trochę za głośno myślisz.
Podeszłam powolnym majestatycznym krokiem do alfy powietrza. Obejrzałam się przez ramię i zobaczyłam ciągle zszokowanych Yoko i Dannego patrzących się na mnie z dezorientacją.
- Więc jak będzie z tą wyrocznią, Aulida? - rzekłam ospale przyglądając się swoim paznokciom.
- Kim jesteś? - ponowiła pytanie wadera stojąca za nią.
Westchnęłam ciężko.
- Aulida? Oświecisz towarzyszy?
- Issis, alfa mrozu - powiedziała przez zęby.
- Więc jak?
- Skąd mam pewność, że nic jej się nie stanie i że do mnie wróci?
- Skąd twoja niepewność? -spojrzałam na nią pytająco.
Zamarła w bezruchu i nie odezwała się ani słowem.
- Właśnie przed chwilą obroniłam twoją przyjaciółkę przed pewną śmiercią. Gdyby nie ja, z pewnością znaleźlibyście ją martwą razem z rozszalałą hordą demonów panoszących się po waszej jaskini. Czy to nie wystarczający argument, że jestem w stanie zadbać o jej bezpieczeństwo?
 Kobieta zacisnęła usta i spojrzała pytająco po kolei na każdego z towarzyszy. Nie trzeba było czytać w myślach, żeby domyślić się, że właśnie rozmawiają bez słów.
- Niech będzie - rzekła poważnie - Ile potrwa jej nieobecność?
Uśmiechnęłam się szeroko ukazując białe zęby.
- No. Czyli dobiłyśmy targu. Tydzień potrwa sama podróż. Dam jej parę dni na zaaklimatyzowanie się w lodowcu. Po wypowiedzeniu przepowiedni z pewnością będzie musiała parę dni poświęcić na regenerację. Ten czas spędzi w pałacu siostry. A potem obmyślimy jak odesłać ją do domu.
- Nie da się tego jakoś skrócić?
- To najkorzystniejsza dla obydwu stron opcja.
Jeszcze raz przebiegła wzrokiem po towarzyszach i ze świstem wciągnęła powietrze.
- Niech więc będzie, ale jeśli tylko coś jej się stanie...
- Nie mam zamiaru narażać się na wasz gniew - przerwałam jej.
Wyrocznia podeszła do nas i wylewnie pożegnała się z towarzyszami.
- Żegnam więc - powiedziała skłaniając się nisko - Bywajcie.
Po tych słowach wyszłyśmy z jaskini, tym razem głównym wejściem. Kiedy wreszcie znalazłyśmy się na osobności wyjęłam grube futro i jej rzuciłam.
- Masz przyda ci się - powiedziałam i naciągnęłam na głowę kaptur.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz