Leżałam w mojej grocie usiłując osiągnąć pożądany stan umysłu. W głowie kłębiły się przeróżne myśli. Czarne, przerażające wizje plątały się z miłymi wspomnieniami (których i tak jest bardzo nie wiele)... traciłam orientację, nie wiedziałam na co zwrócić uwagę... Na moment wszystko zniknęło. Usilnie próbowałam otworzyć oczy, wybudzić się z tego morderczego stanu, ale nie mogłam... już coś zdążyło zawładnąć mną, oplątać mnie ramionami, tak mocno, że nie byłam w stanie się uwolnić. Kilkakrotnie otwierałam usta, ale gdy tylko jakiś dźwięk chciał wydostać się z zaciśniętego gardła, one ponownie się zamykały... potem przebłysk światła i znowu ciemność. Następnie zobaczyłam armię. Spowitą mgłą i dymem, otoczoną wrzaskami ofiar... w sekundzie, wszystko się zatrzymało. Stałam nieruchomo w centrum walk ze zwieszoną głową. Nogi zaczęły mięknąć z wyczerpania, powoli zaczęłam tracić oddech, choć nie kosztowało mnie to ani trchę wysiłku fizycznego. Płuca piekły niemiłosiernie, zupełnie straciłam kontrolę. Poczułam jak spadam, błogi stan wziął nade mną górę, a ciało zupełnie przestało mnie słuchać. Spadałam w otchłań bez końca... wiedziałam, że nie powinnam tego robić, ale nie było innego wyjścia. Żyłam 3 000 lat, żeby zginąć za kawałek ziemi... żałosne... widocznie taki mój los... przegrany... bez sensu... lecz nie mogę tak tego zostawić. Ostatkiem sił zebrałam wszystkie swoje myśli i już prawie wypowiedziałam słowa... które miały zadecydować. O życiu i śmierci... O moim zgonie, ale życiu tysięcy, może nawet milionów istot. Ale czy... to jest tego warte? Nie mam pojęcia czy będę musiała udać się do podziemi Hadesu na wieczną wizytę u mojego starego "przyjaciela", czy wystarczy mi sił, aby po tym co zaraz zrobię jeszcze kiedyś stanąć na nogi... nie mówiłam o tym nikomu, Syriusz odczytał moje zamiary i ostro protestował, lecz ustąpił gdy obiecałam, że będzie ze mną nawet w zaświatach... i mam taką nadzieję, bo jest moim jedynym wsparciem, jedynym stworzeniem, które mnie rozumie. Na chwilę odzyskałam jasność umysłu, język gadów jest moim prawie że rodzinnym językiem... zacisnęłam pięści i szepnęłam...*Sekass...eksamenn...savuor...* te słowa niosły się po mojej głowie przeraźliwym echem... ciągnęły się, stawały coraz głośniejsze, coraz częstsze. W końcu pisk... wrzask cierpienia, płacz i szept zagubionych dusz.
Cisza...
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ocknęłam się, nie mam pojęcia gdzie, nie wiem jak, nie jestem świadoma, jak długo byłam nieprzytomna. Świat spowity był całkowitą ciemnością, czułam tylko obecność Syriusa. Podniosłam się na łokciach, ale zaraz z powrotem znalazłam się na ziemi. Jęknęłam z bólu. Na nodze miałam paskudne, otwarte złamanie, włosy posklejane krwią i poharataną twarz... dłonie mokre od czarnej, lepkiej cieczy, no i piekący ból pod klatką piersiową. Odsłoniłam roztargany materiał. Widniał tam wypalony znak wyglądem przybliżony do japońskiego symbolu bożka śmierci. Był zniekształcony przez liczne zadrapania i rany kłute zdobiące moje ciało. Zacisnęłam powieki usilnie próbując przypomnieć sobie zdarzenia z ostatniego czasu. Miałam nieliczne przebłyski pamięci... po chwili przed moimi oczami zaczął pojawiać się tylko jeden motyw... czarnowłosa, młoda dziewczyna o zmasakrowanym ciele i zabójczym wzroku. Gdy ponownie otworzyłam oczy moja wizja stała się rzeczywistością. Na początku jej głowa była spuszczona...sprawiała wrażenie martwej, całkowicie bezwładnej. Co jakiś czas podnosiła się powoli, ale płynnie, aż w końcu jej wzrok spoczął na mnie. To był przerażający widok. Teraz ona... miała puste oczodoły, z otwartych ust nieprzerwanym strumieniem ciekła czarna ciecz przypominająca krew, którą przed chwilą zauważyłam na moich rękach. Już kiedyś słyszałam o martwych damach, ale nie wiedziałam, że rzeczywiście mogą one istnieć. Objęłam rękami złamanie na nodze i drżącym głosem wypowiadałam zaklęcie, aby rana się zarosła. Kobieta powolnym, ociężałym krokiem ruszyła w moją stronę. Kość na nodze zaczęła się zrastać, ale nadal nie byłam zdolna do ucieczki. Za dziewczyną ciągnęły się ślady krwi i odbicia bosych stóp, pozbawionych niektórych palców... Kiedy noga była już sprawna wstałam i zaczęłam powoli się wycofywać. Widmo nie przerywało marszu, nadal podążając w moim kierunku... przybrałam wilczą postać i chciałam zaatakować, ale kobieta z zabójcza prędkością wyciągnęła oschłe, blade zamię i chwyciła mnie w locie. Mój kark był w uścisku jej lodowatej dłoni, palce zaciskały się coraz mocniej. Szarpałam się, warczałam, chwilami skowyczałam z bólu spowodowanego wbijaniem się jej czarnych szponów do mojego gardła. Próbowałam chwycić w uścisk szczęk jej rękę i uwolnić, ale nie byłam w stanie. Grymas cierpienia na twarzy kobiety powoli przeradzał się w szyderczy uśmiech stworzony z kłów nienaturalnych rozmiarów... już miałam ponieść straszliwą śmierć z ręki zniekształconego widma, kiedy pojawił się Syriusz. W postaci smoka rzucił się na poczwarę pozbawiając ją resztek życia... po wygranej walce opadł z sił i runął na ziemię. Zaczął drżeć, jak zwykle przy transformacji, ale tym razem temu, towarzyszyła blada mgła...
Zatkało mnie... na jego miejscu leżał czarnowłosy młodzieniec o krwisto czerwonych oczach... potrzebowałam krótkiej chwili, aby pojąć całą tą sytuację... nigdy nie dawał po sobie znać, że umie przybrać taką postać, no ale w końcu dla niego nie ma rzeczy niemożliwych... klęczałam nad jego wątłym ciałem uleczając obrażenia jakie odniósł w czasie walki. Gdy otworzył oczy, ku mojemu zdziwieniu... przemówił...
-Margo... wszystko w porządku? - usiadł chwytając mnie za ramiona. Milczałam ze zdziwienia, nie mogłam pojąć, że mój najlepszy przyjaciel, któremu z wszystkiego się zwierzałam w pełni mnie rozumiał...
-Syriusz? Nie wiedziałam...
-Ja sam nie wiedziałem...- przerwał mi uśmiechając się i uważnie przyglądając swoim rękom.
-Udało nam się?
-Na to wygląda... cmentarzysko jest bezpieczne. Zmarszczył brwi widząc wypalony znak.- Czy to nie... znak Layonga?
-Taka była cena... albo stać się jednym z nieumarłych, albo oddać swój los w ręce Layonga... ryzykowałam, bo mógł sprawić, że stanę się bezpańską duszą błąkającą się po lasach Darkving... widocznie jeszcze kiedyś będę mu potrzebna.
-Po co ta cała szopka z Tavalą?- spytał obsypując czarnym pyłem swoje głębokie, paskudne rany.
-To próba. Jest ich kilka... co jedna trudniejsza i bardziej mordercza... jak się z tond wydostać?
-Górą.
-Myślałam, że po przemianie w człowieka stracisz swoje zdolności...
-Nie, ale wydaje mi się, że umiejętność zamiany w to interesujące stworzenie jest nietrwała i po pewnym czasie, po prostu minie...-Wytłumaczył cierpliwie, a na końcu wypowiedzi wzruszył ramionami. Muszę powiedzieć, że jest bardzo przystojny, ale nie mogę zakochać się w kimś kto za chwilę znów będzie wężem, czy czarną panterą...
-Margo, ja też bardzo cię lubię, znam cię na tyle, że także spokojnie mógłbym się w tobie zakochać... a urodą też nie grzeszysz, więc będzie ciężko...- znowu uśmiechnął się uroczo, zadowolony siebie. Upsss... wygląda na to, że czytania w myślach też nie zaniechał... zaśmiałam się cicho po czym oznajmiłam:
-Ruszajmy, przed nami długa droga...- uśmiechnęłam się i z gracją stanęłam na nogach.
Chce więcej!! Kiedy CD?
OdpowiedzUsuńŚwietne to! <3
OdpowiedzUsuńSuper :) Bardzo mi się podoba :)
OdpowiedzUsuń