środa, 20 listopada 2013

(Wataha Burzy) od Waverly

-Jesteś pewna, że idziemy w dobrą stronę?- zapytałam, będąc pewna iż mijamy to samo drzewo po raz piąty.
-Przecież dobrze znasz mnie i moją orientację w terenie-odparła z uśmiechem Weslee.
"Właśnie tego się obawiam" westchnęłam w myślach. Las wydawał się nader spokojny. Wiatr mknął wśród koron drzew, rozwiewając dookoła liście. Jesień tego roku była wyjątkowo piękna. W oddali dało się słyszeć chórki rozśpiewanych ptaków oraz chlupot dość szerokiego strumyka.
"Zaraz... rzeka? Przecież Wes mówiła coś o stadzie..."
Przyśpieszyłam kroku zachodząc drogę mojej towarzyszce.
-W co masz zamiar nas wpakować tym razem?- na mojej twarzy malował się gniew.
-Tak jak obiecałam, prowadzę cię do stada...-odparła zdziwiona, próbując mnie wyminąć. Nie poddałam się tak łatwo.
-Stada czego?- czułam, że odpowiedź może wywołać kolejną falę gniewu, która zadecyduje czy w końcu nie uduszę tej futrzanej kulki.
-Pstrągów oczywiście!-odpowiedziała poirytowana- Nie słyszysz potoku?
-Czy ty naprawdę nie znasz, do cholery ciężkiej, określenia "ławica"?!-wykrzyknęłam, uwalniając choć część wzbierającej we mnie wściekłości.
-Ławica, stado... jedno i to samo- rzekła, wzruszając ramionami.
Nie wiedząc czemu ręce zaczęły mnie świerzbić. Weslee była pierwszym stworzeniem, które zdobyło mą sympatię po opuszczeniu watahy. A raczej tego co z niej zostało... Nadal dziwię się dlaczego nie przerobiłam jej na szaszłyk kiedy miałam okazję.
-Radziłabym zmienić formę na czas przejścia przez wodę, chyba że chcesz stracić pół dnia na suszeniu ubrań.
"Albo na dodatkowe spieranie śladów krwi pewnego sporego gryzonia" pomyślałam uśmiechając się pod nosem. Ale czy mogę mówić w tym wypadku o gryzoniu? Wes jest zadziwiającą mieszanką smoka i nietoperza. Nawet nie chcę wiedzieć kto wpadł na pomysł połączenia tych dwóch stworzeń. Bez zbędnych komentarzy zrzuciłam swą ludzką powłokę. Po kilku minutach marszu Weslee zatrzymała się, przycupnęła i zaczęła skrobać znaki w ziemi przy pomocy swych drobnych szponów.
-Czyżby mistrzyni nawigacji zgubiła swój ślad?-zapytałam pogardliwym tonem.
Z koleii Locotik (albowiem tak nazwano ten rodzaj mieszanki organizmów) przewrócił swymi, mogło zdawać się ślepymi oczami i odgarnął krzewy malin po swej lewej stronie. Moim ślepiom ukazał się strumień, z którego co chwila wyskakiwały spore ryby, aby po chwili znów zanurkować w błękitnej wodzie. Jeden z piękniejszych widoków tego roku.
Podeszłyśmy do rzeki, przez co mogłam zobaczyć swe odbicie w spokojniejszej cieczy. Pokręciłam z politowaniem głową i wkroczyłam w rzekę, zakłócając przy tym jej nurt. W połowie drogi na drugą stronę zorientowałam się, iż nie słyszę żadnych docinek na temat jak mało futra zostaje na moim ogonie po zamoczeniu go. Weslee zawsze traktowała to jak czarną magię. Odwróciłam się i ujrzałam szary kłębek futra machający do mnie z linii brzegu. Wymawiając pod nosem większość przekleństw, które znałam zawróciłam. Będąc pewna, iż tym razem towarzyszka usadowiła się na moim grzbiecie, rozpoczęłam drugie podejście. Przechodząc przez strumień często dostrzegałam kątem oka ryby wyskakujące z wody.
-Tak wiem, na moim ogonie zostaje mało futra-powiedziałam na dźwięk otwierających się szczęk Locotik'a.
Jednak jako odpowiedź otrzymałam słodką woń krwi. Gdy tylko wkroczyłam na brzeg Weslee zeskoczyła ze mnie i z dumą wyciągnęła przed siebie rybę, która przez chwilę przebywała w jej zaciśniętym pyszczku.
-Zachowaj to dla siebie- powiedziałam. Uśmiechnęłam się gdy zdobycz zniknęła w paszczy Wes.
Po chwili zaniepokoiłam się, nastroszonym szarym futerkiem na jej grzbiecie, myśląc iż przekąska mogła być nie do końca dobrym pomysłem.
-Zaczekaj tutaj- rzuciła tylko i na czterech łapach popędziła w stronę lasu.
"Oby to nie było nic groźnego..." przeleciało mi przez myśl gdy odprowadzałam swą przyjaciółkę wzrokiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz