Wylądowałam z hukiem na zamglonej łące (jeśli tak można było to tak
nazwać) zero kwiatów, trawa wyschnięta do cna i oczywiście ten słodki
zapach grozy...Odetchnęłam głęboko i ruszyłam przed siebie. Niebo niemal
całkowicie zakrywały ciężkie, ciemne chmury. Zatrzymałam się i
spojrzałam w górę.
-Zapowiada się na niezłą burzę... Musze znaleźć
schronienie zanim się zacznie...-Przejechałam palcami po gładkich
łuskach Suriusa nie odrywając wzroku od powoli ustępujących żywiołowi
chmur. Zaczęło kropić. Na początku drobne, pojedyncze kropelki zaczęły
rozbryzgiwać się o ziemie... Wąż napinając mięśnie dał mi do
zrozumienia, że mam się nim nie przejmować i kontynuować penetracje.
-Kochany,
nie chce mieć na szyi zupy z węża...-Wspomniałam chowając go pod mój
gruby szal. Kilkakrotnie próbował się wyślizgnąć, ale nie dawałam za
wygraną.
-Zrozum. Jak stracisz życie ze mną- będzie źle. Bardzo
źle. -Przewróciłam oczami kontynuując zawijanie szala. Gdy miałam już
pewność, że Syrius jest bezpieczny ruszyłam na wschód. Zdążyłam już
poznać las i kilka demonów, które oczywiście udawały przede mną jakiś
"przystojnych" mężczyzn.... jakie ja mam szczęście do więzień duchów
tego gatunku... ale po zdarzeniach z ostatnich lat stałam się na to
odporna... Ani się obejrzałam a już stałam u brzegu szerokiej rzeki.
Zatrzymałam się rozglądając dookoła. Z wody dochodziły odgłosy nimf
wodnych, najwyraźniej "zgłodniałych" kolejnych dusz... Dłonią zgarnęłam
niesforny kosmyk włosów z czoła i wbiłam wzrok w stojące na przeciw
mnie, samotne drzewo. Rozkwitłe, zielone, o pięknym grubym pniu. To nie
było normalne. Tak wpatrzona stałam przez dłuższą chwile. Stwierdziłam,
że to musi być granica i że najprawdopodobniej moim sąsiadem jest wataha
ziemi... Ze wschodu wiał lodowaty wiatr, więc tam zapewne są lodowce
zamieszkane przez wilki mrozu... Otrząsnęłam się z amoku i na swoim
karku poczułam zimny oddech. Nie odwracałam się. Zamknęłam oczy i
zobaczyłam siebie i jakąś dziwną postać trzymającą nóż w lewej ręce.
Potem zamach... i przeszywający ból w klatce piersiowej. Gwałtownie
otworzyłam oczy. Z ust pociekła wąska strużka krwi... Spojrzałam w dół. W
piersi tkwił niewielki sztylet. Przede mną stała wysoka dziewczyna.
Przez twarz przemkną mi grymas bólu a nogi mimowolnie zaczęły drgać.
Wzięłam głęboki oddech i jednym ruchem wyszarpałam nóż z rany. Ona zaś-
zaraz się zasklepiła. Otarłam wierzchem dłoni krew nadal cieknącą z ust.
-Zadowolona?-Przekrzywiłam głowę patrząc na nią obojętnie. Ona, przyglądając mi się ciekawie podeszła kilka kroków.
-Czego chcesz?-Zapytała cicho, niemal szeptem.
-Tego terenu.-odparłam pewnie, mrużąc oczy.
-Hahaha myślisz, że tak po prostu ci go oddam?
-Proszee
cie, nie rozśmieszaj mnie... Jesteś z mrozu, tu mimo wszystko jest za
ciepło. Nie spotkałam tu nikogo, oprócz kilku demonów i rusałek...
-zastanowiła się chwile po czym najwyraźniej podjęła decyzje:
-No dobra. Jestem Issis. Tak jak już wspomniałaś, mieszkam w lodowcu...
-Margo.
-przerwałam jej i w tym momencie z pod szala wypełznął Syrius. Issis
wygląda na ciekawą osobę, muszę ją bliżej poznać... najpierw próbowała
mnie zabić, a potem..? Najwyraźniej ja też wywarłam na niej jakieś
wrażenie... a ona... uśmiechnęła się niemrawo i zniknęła.
Za sobą
usłyszałam niemiłosiernie głośny wrzask. Gwałtownie odwróciłam się na
pięcie i ujrzałam strzygę znęcającą się nad kruczo czarnym rogiem.
Odetchnęłam i cisnęłam kulą cienia w potwora. Pocisk drasnął konia, ale
chwilowym straceniem orientacji przez oprawcę dał szanse do ucieczki
jego ofiarze. Koń zebrał się i ruszył cwałem w stronę lasu. Wściekła
strzyga ruszyła w moją stronę. Wypuściłam jeszcze kilka pocisków, ale
one nic nie dały... w tedy mój pupil (zresztą bardzo rozwścieczony) w
postaci masywnego, czarnego tygrysa rzucił się na poczwarę. Wystarczy,
że zadał kilka ciosów i powalił ogromną bestie. Odwrócił się w moją
stronę i sam bezwładnie opadł na ziemie...
Zamarłam. Jeżeli to
rzeczywiście jego koniec, to ja też już długo nie pociągnę... Podbiegłam
do niego i okryłam moim płaszczem. Nad moją głową rozbrzmiał grzmot, a
kruki krążące w okolicy nie specjalnie dodawały mi otuchy...
-Syrius...-Szepnęłam
drżącym głosem- Błagam... nie rób mi tego...- wtuliłam się w jego grube
futro i zaczęłam szlochać. Nie byłam w stanie nic zrobić... czułam się
tak bezsilnie, jak w tedy gdy Ron oddał za mnie życie. Dlaczego wszyscy
tak się poświęcają?! Przecież gdy mnie zabraknie świat będzie działał
dalej... bez zmian. A moje życie już i tak w połowie straciło sens...
Nie cierpię tego cholernego honoru!!!
Łzy ciekły bez opamiętania a ból i żal ściskał za żołądek... To już koniec...
Za
moimi plecami rozległo się ciche rżenie. Odwróciłam się. Stał tam ten
sam koń któremu jeszcze przed chwilą uratowałam życie. Z cichym stukotem
podszedł do Syriusza i delikatnie dotknął rogiem. Wszystko spowiło się
mgłą. Poczułam jak klatka piersiowa tygrysa ponownie zaczęła unosić się i
opadać. *No tak... życie za życie...* pomyślałam na co rumak rzucił
łbem i przyjacielsko szturchnął mnie chrapami w ramię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz