środa, 13 listopada 2013

(Wataha Mroku) od Margo

Wylądowałam z hukiem na zamglonej łące (jeśli tak można było to tak nazwać) zero kwiatów, trawa wyschnięta do cna i oczywiście ten słodki zapach grozy...Odetchnęłam głęboko i ruszyłam przed siebie. Niebo niemal całkowicie zakrywały ciężkie, ciemne chmury. Zatrzymałam się i spojrzałam w górę.
-Zapowiada się na niezłą burzę... Musze znaleźć schronienie zanim się zacznie...-Przejechałam palcami po gładkich łuskach Suriusa nie odrywając wzroku od powoli ustępujących żywiołowi chmur. Zaczęło kropić. Na początku drobne, pojedyncze kropelki zaczęły rozbryzgiwać się o ziemie... Wąż napinając mięśnie dał mi do zrozumienia, że mam się nim nie przejmować i kontynuować penetracje.
-Kochany, nie chce mieć na szyi zupy z węża...-Wspomniałam chowając go pod mój gruby szal. Kilkakrotnie próbował się wyślizgnąć, ale nie dawałam za wygraną.
-Zrozum. Jak stracisz życie ze mną- będzie źle. Bardzo źle. -Przewróciłam oczami kontynuując zawijanie szala. Gdy miałam już pewność, że Syrius jest bezpieczny ruszyłam na wschód. Zdążyłam już poznać las i kilka demonów, które oczywiście udawały przede mną jakiś "przystojnych" mężczyzn.... jakie ja mam szczęście do więzień duchów tego gatunku... ale po zdarzeniach z ostatnich lat stałam się na to odporna... Ani się obejrzałam a już stałam u brzegu szerokiej rzeki. Zatrzymałam się rozglądając dookoła. Z wody dochodziły odgłosy nimf wodnych, najwyraźniej "zgłodniałych" kolejnych dusz... Dłonią zgarnęłam niesforny kosmyk włosów z czoła i wbiłam wzrok w stojące na przeciw mnie, samotne drzewo. Rozkwitłe, zielone, o pięknym grubym pniu. To nie było normalne. Tak wpatrzona stałam przez dłuższą chwile. Stwierdziłam, że to musi być granica i że najprawdopodobniej moim sąsiadem jest wataha ziemi... Ze wschodu wiał lodowaty wiatr, więc tam zapewne są lodowce zamieszkane przez wilki mrozu... Otrząsnęłam się z amoku i na swoim karku poczułam zimny oddech. Nie odwracałam się. Zamknęłam oczy i zobaczyłam siebie i jakąś dziwną postać trzymającą nóż w lewej ręce. Potem zamach... i przeszywający ból w klatce piersiowej. Gwałtownie otworzyłam oczy. Z ust pociekła wąska strużka krwi... Spojrzałam w dół. W piersi tkwił niewielki sztylet. Przede mną stała wysoka dziewczyna. Przez twarz przemkną mi grymas bólu a nogi mimowolnie zaczęły drgać. Wzięłam głęboki oddech i jednym ruchem wyszarpałam nóż z rany. Ona zaś- zaraz się zasklepiła. Otarłam wierzchem dłoni krew nadal cieknącą z ust.
-Zadowolona?-Przekrzywiłam głowę patrząc na nią obojętnie. Ona, przyglądając mi się ciekawie podeszła kilka kroków.
-Czego chcesz?-Zapytała cicho, niemal szeptem.
-Tego terenu.-odparłam pewnie, mrużąc oczy.
-Hahaha myślisz, że tak po prostu ci go oddam?
-Proszee cie, nie rozśmieszaj mnie... Jesteś z mrozu, tu mimo wszystko jest za ciepło. Nie spotkałam tu nikogo, oprócz kilku demonów i rusałek... -zastanowiła się chwile po czym najwyraźniej podjęła decyzje:
-No dobra. Jestem Issis. Tak jak już wspomniałaś, mieszkam w lodowcu...
-Margo. -przerwałam jej i w tym momencie z pod szala wypełznął Syrius. Issis wygląda na ciekawą osobę, muszę ją bliżej poznać... najpierw próbowała mnie zabić, a potem..? Najwyraźniej ja też wywarłam na niej jakieś wrażenie... a ona... uśmiechnęła się niemrawo i zniknęła.
Za sobą usłyszałam niemiłosiernie głośny wrzask. Gwałtownie odwróciłam się na pięcie i ujrzałam strzygę znęcającą się nad kruczo czarnym rogiem. Odetchnęłam i cisnęłam kulą cienia w potwora. Pocisk drasnął konia, ale chwilowym straceniem orientacji przez oprawcę dał szanse do ucieczki jego ofiarze. Koń zebrał się i ruszył cwałem w stronę lasu. Wściekła strzyga ruszyła w moją stronę. Wypuściłam jeszcze kilka pocisków, ale one nic nie dały... w tedy mój pupil (zresztą bardzo rozwścieczony) w postaci masywnego, czarnego tygrysa rzucił się na poczwarę. Wystarczy, że zadał kilka ciosów i powalił ogromną  bestie. Odwrócił się w moją stronę i sam bezwładnie opadł na ziemie...
Zamarłam. Jeżeli to rzeczywiście jego koniec, to ja też już długo nie pociągnę... Podbiegłam do niego i okryłam moim płaszczem. Nad moją głową rozbrzmiał grzmot, a kruki krążące w okolicy nie specjalnie dodawały mi otuchy...
-Syrius...-Szepnęłam drżącym głosem- Błagam... nie rób mi tego...- wtuliłam się w jego grube futro i zaczęłam szlochać. Nie byłam w stanie nic zrobić... czułam się tak bezsilnie, jak w tedy gdy Ron oddał za mnie życie. Dlaczego wszyscy tak się poświęcają?! Przecież gdy mnie zabraknie świat będzie działał dalej... bez zmian. A moje życie już i tak w połowie straciło sens... Nie cierpię tego cholernego honoru!!!
Łzy ciekły bez opamiętania a ból i żal ściskał za żołądek... To już koniec...
 Za moimi plecami rozległo się ciche rżenie. Odwróciłam się. Stał tam ten sam koń któremu jeszcze przed chwilą uratowałam życie. Z cichym stukotem podszedł do Syriusza i delikatnie dotknął rogiem. Wszystko spowiło się mgłą. Poczułam jak klatka piersiowa tygrysa ponownie zaczęła unosić się i opadać. *No tak... życie za życie...* pomyślałam na co rumak rzucił łbem i przyjacielsko szturchnął mnie chrapami w ramię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz