wtorek, 31 grudnia 2013

...

Moi Drodzy! Pogratulujcie mi i Avril, że w końcu ruszyłyśmy nasze dupska i zrobiłyśmy ranking! Jupi ija ooo ^^ hahaha Avril za dużo się napiła tymbarku >

Teraz tak oficjalnie:
Mamy w końcu ranking (chyba po raz pierwszy ;p) i życzymy wam szczęśliwego Nowego Roku! :D

Avril i Issis (sztaarek)

poniedziałek, 30 grudnia 2013

(Wataha Wody) od Rivenny

Następnego dnia po rozmowie z Issis znów taplałam się w wyczarowanej ciepłej wodzie. Leżałam sobie swobodnie na gejzerze, ciesząc się dotykiem wody. Obserwowałam z zainteresowaniem, jak każda spływająca po mnie kropla ukazuje idealne białe futro, a gdy już spłynie – futro z powrotem zmieniało się w niebieskie. Wylegiwałam się jeszcze chwilę, gdy kogoś zobaczyłam. Postanowiłam tam podejść. Osoba mnie nie zauważyła, lecz kiedy podeszłam bliżej, nagle się odwróciła. Zobaczyłam piękną panią w bieli. Skinęłam jej głową, by ją powitać i zaczęłam rozmowę.
 - Witaj, jestem Rivenne. Szukam swojego miejsca na świecie, a kiedy wyczułam, że mieszkają tu tacy jak ja, od razu zapragnęłam tu mieszkać.
 - Wyglądasz na strudzoną podróżą. Zwą mnie Avril, jestem pierwszą panią Eteru – mówiąc to, przemieniła się w skrzydlatą istotę. Odgadłam, że to anioł. - Rozgość się na naszych terenach, wybierz terytorium najbardziej odpowiadające twoim wymaganiom. Czuć od ciebie aurę wody, myślę, że mogłabyś zostać alfą wszystkich wilków wody, jakiekolwiek i kiedykolwiek tutaj przybędą – powiedziała, jednocześnie odpowiadając na moje niewypowiedziane pytanie.
Bardzo się ucieszyłam wiedząc, że będę mogła wreszcie zająć jakiś teren wraz z innymi wilkami wody.
- Dziękuję, czy mogłabym wiedzieć, gdzie mogę cię spotkać?
- Wezwij moje imię, a pojawię się, kiedy tylko zechcesz. – W tym momencie Avril dosłownie rozpłynęła się w powietrzu i na jej miejscu migotała jeszcze przez chwilę delikatna mgiełka, po czym zniknęła. Trochę się przestraszyłam, myśląc, że pojawią się tamte zjawy, jednak nic takiego się nie wydarzyło. Wzruszyłam ramionami i poszłam na miejsce, które odtąd miało być moim domem. 

 Kilka dni później zdążyłam już poznać swoje podwodne królestwo, które niedawno zamieszkałam. Zauważyłam, że jest ono okryte jakby niewidzialną kopułą, w której znajdowała się duża ilość powietrza do oddychania, choć nadal można było tu pływać – pozwalało to na zapraszanie gości z lądu. Czułam się tu jak najlepiej, jednak czegoś mi jeszcze brakowało – towarzystwa. Aby nie czuć się samotna, wezwałam Latissę. Biały smok od razu się wynurzył z mojego medalionu. Ścigałyśmy się po całym królestwie, kiedy nasz spokój zmąciła moja towarzyszka. Wpatrywała się nieruchomo w jeden punkt ponad moją głową, choć po odwróceniu się nic nie zobaczyłam. Musiało minąć kilka sekund, zanim zorientowałam się, że ona coś widzi. Przecież miała tutaj o wiele lepszy wzrok niż ja. Spojrzałam ponownie na zwierzaka – napięła wszystkie mięśnie, gotowa w każdym momencie do ataku. Zrobiłam to samo. Po chwili spostrzegłam, co ją tak zainteresowało. Widziałam już kiedyś te stwory i byłam pewna, że to strzygi. Powoli nadpływały do nas, śmiejąc się przeraźliwie. Skoncentrowałam w łapce całą lodowatą, tnącą jak stal wodę, na jaką było mnie stać i czekałam na dogodny moment do ataku. Ku naszemu zdziwieniu potwory zatrzymały się w połowie drogi, jakby coś je blokowało. Zrozumiałam, że to nasza powietrzna kopuła nie pozwala im dobrnąć dostatecznie blisko. Mogłabym je tam zostawić i żyć spokojnie w tym małym zakątku, ale byłam pewna, że nam nie odpuszczą. A poza tym, co to za życie na tak niewielkiej przestrzeni, z jedną towarzyszką u boku i bez żadnych wilków w watasze? Postanowiłam jak najlepiej wykorzystać magiczną wodę nadal pieniącą się przy mnie i wyszłam poza pole ochronne, błyskawicznie miotając lodowatą substancją w niechcianych gości. Potwory bezskutecznie próbowały nas rozszarpać, najwyraźniej nie były przystosowane do zdobywania ofiar w grupie i to pod wodą. Walka była krótka, choć wyczerpująca. Moja smoczyca zdecydowała się pożreć parę strzyg. Chyba jej smakowały. Załatwiłyśmy niemal wszystkie, tylko kilka zdołało uciec. Wiedziałam, że nie poddadzą się tak łatwo i wrócą tu. Ale wtedy już będziemy przygotowane. Z nieprzyjemnym uśmieszkiem wróciłam do swojego zamku, a Latissa została na straży.
W nocy obudził mnie ryk Lat. To był ostrzegawczy okrzyk. Pełna niepokoju natychmiast popędziłam na miejsce, w którym smoczyca miała stać i pilnować. Zamiast niej ujrzałam tylko stworzenie podobne do kolczatki, ale w kształcie smoka. Czułam, że nie powinno go tu być. Niedaleko, na dnie zauważyłam też podwodny wulkan, gotowy w każdej chwili wybuchnąć. Nieufnie dotknęłam kolca na czole stwora i poczułam, jak moim ciałem wstrząsa dreszcz. Nie mogłam nic zrobić, nie miałam nad sobą kontroli. Wyraźnie czułam każdą upływającą sekundę. Nie wiedziałam, co się dzieje. W dalszym ciągu koniuszek mojego pazura tkwił na jednym z kolców stworzenia. Jakby w zwolnionym tempie ujrzałam przerażoną Latissę, która zaraz potem gdzieś zniknęła. A ja… Czemu nie mogłam się ruszyć? I dla czego przez moje ciało nadal przechodziły dreszcze? Pomyślałam chwilę, spojrzałam na moje futro i… zrozumiałam. Całe zjeżone i z pojawiającymi się co chwila błyskami mogło wskazywać tylko na jedną odpowiedź: właśnie poraził mnie magiczny prąd! W tej sekundzie zrozumienia przyszedł też ból, jakby wbijało się we mnie tysiące cienkich ostrzy. Będę musiała spytać się, czy to nie jest sprawka watahy elektryczności. Czas tym razem zdawał się przyspieszyć. W mgnieniu oka nadleciała moja towarzyszka, odpychając mnie stamtąd kawałkiem czegoś gumowego. Ból tylko się nasilił, choć w dalszym ciągu nie odzyskałam panowania nad sobą i spadałam bezwładnie na dno. Jak przez mgłę widziałam, że coś zdążyło złapać mnie przed upadkiem do krateru wulkanu i…
Ciemność.
Widzę ciemność.
Czy te kilka par oczu wpatrujących się we mnie to tylko złudzenie?

(Wataha Powietrza) Od Yoko

Kiedy po strasznej i przerażającej nocy wreszcie się obudziłam, myślałam, że wydarzenia, które miały miejsce w grocie i lesie to był tylko zły sen. Wyszłam ze swojego pokoju, by przywitać się z innymi i wtedy wpadła na mnie Aulida. Spojrzałam na nią i ujrzałam ranę na jej boku.
- Co ci się stało?! - spytałam wstrząśnięta
- Wypadek przy pracy...
- Taa, jasne - prychnęłam i po chwili oprzytomniałam - chwila, to ten sam bok co dostał tamten wilk!
- Tak, to ja nim byłam.
- Dlaczego nie chciałaś naszej pomocy?! Mogłaś zginąć!
- Ważne, że wy jesteście cali, a tak apropo, gdzie reszta?
- Danny wrócił ze mną, a Ahri zniknęła już wcześniej.
- Co?! Dobra, zaraz się tym zajmę, ale najpierw opatrzę se ranę.
Przytaknęłam, po czym poszłam za nią. Aulida weszła do pokoju, wyjęła ze stolika nocnego maść i bandaż. Wykonała opatrunek po czym przycisnęła do rany i zabandażowała. Następnie wyciągnęła plecak i zapakowała prowiant, mikstury oraz sakwy z wodą. Przyglądałam się temu z ciekawością, bo być może też kiedyś będę musiała wyruszyć na akcję poszukiwawczą.
- Mogę iść z Tobą? - miałam wyrzuty sumienia, po tym jak potraktowałam Danny'ego i Ahri.
- Nie, zostań tutaj na wypadek, gdyby wrócili, Flow z tobą zostanie.
- Dobrze... - powiedziałam niepewnie. Nigdy nie miałam zbyt dobrej oceny o zwierzętach innych niż wilki. Po chwili Aulidy nie było już w grocie. Popatrzyłam na Flow. Wydawała się nie być mną zainteresowana.
- Czeka nas świetna zabawa, co? - powiedziałam do niej smętnie, jednak ona nawet na mnie nie zerknęła. Westchnęłam i poszłam do swojego pokoju. Nie miałam co robić, więc wróciłam do jednorożca.
- Chcesz coś porobić? - zapytałam z nadzieją. Wiedziałam, że Flow potrafi mówić po ludzku, więc czekałam na rozmowę. Ona jednak nie chciała się ze mną porozumieć. Wzruszyłam ramionami i usiadłam na podłodze, by poczytać książkę. Po godzinie jednorożec zaczął szturchać mnie w ramię.
- Co jest? - spojrzałam na niego. Wydawał się wystraszony. Zamieniłam się w wilka i poszłam przeszukać grotę. Wyczułam okropny zapach. Nagle od strony wejścia wbiegły Black Souls. Jeden z nich rzucił się na mnie i zaczęła się walka. Ugryzłam go w przednią łapę, przez co nie mógł się podnieść. Pozostałe wściekłe wilki stały trochę z tyłu patrząc się na mnie groźnie. Na podłodze obok zauważyłam miecz. Szybko do niego podbiegłam, zamieniłam się w człowieka i podniosłam. Wycelowałam nim w Black Souls. Jeden z wilków wyskoczył nagle i wytrącił mi miecz z ręki. Przełknęłam głośno ślinę. Nie potrafiłam się obronić przed tak wielką grupką wilków. Zamiast, więc atakować, wyczarowałam tarczę, która by mnie chroniła. Black Souls rzucały się w moją stronę, lecz tarcza skutecznie je odpychała. Nagle trzy wilki padły. Spojrzałam na nie i ujrzałam strzały w ich ciałach. Po chwili z góry wyskoczył lśniąco biały wilk. Po kolei zagryzał następne Black Souls. Biały wilk zamienił się w dziewczynę i wyciągnęła z buta nóż. Rzuciła nim w jednego z wilka. Trafiony Black Soul stanął nagle w oślepiającym świetle, a wokół niego wybuchały kolorowe fajerwerki. Przez huk i jasność wilki uciekły ze skowytem. Przestałam podtrzymywać zaklęcie tarczy, przez co ona zniknęła. Nie miałam powodu, by obawiać się tej dziewczyny. W końcu mnie uratowała. Postanowiłam podać jej nóż, więc schyliłam się po niego. Zatrzymał mnie nagle jej głos.
- Sz! - syknęła i uniosła ostrzegawczo rękę - Nie radzę.
Popatrzyłam na nią pełnymi przerażenia oczami i ostrożnie wycofałam się do tyłu. Podeszła do broni i wyszeptała coś. Po chwili schowała nóż do buta. Zmieniła się w wilka i podeszła do mnie. Nagle wpadły do groty trzy wilki. Była to Aulida, Ahri i Danny. Westchnęłam z ulgą, że nic się im nie stało.
- Co tu się stało?! - wykrzyknęła Aulida - Yoko? Nic ci nie jest?
Już chciałam odpowiedzieć, lecz biały wilk mnie uprzedził.
- Ekchem - odchrząknął. - Ja też tutaj jestem.
- Kim jesteś i co tutaj robisz? - odezwała się Ahri.
- Aulida wie kim jestem i to jej wystarczy. A jestem tu, gdyż potrzebuję waszej wyroczni.
- A czy to przepadkiem nie jest próba uprowadzenia - ozwał się Danny i podszedł do wadery.
- Kochaniutki, gdyby to była próba porwania, to nie byłabym taka miła - powiedziała słodkim melodyjnym głosem.
- Miła?! Wparowujesz do naszej jaskini bez pozwolenia podczas naszej nieobecności i urządzasz nam tutaj masakrę. - Zmienił się w człowieka i zbliżył czubek miecza do gardła mojej wybawicielki
- Naprawdę jesteś na tyle odważny by zaatakować nieuzbrojonego? A więc próbuj.
Po chwili Danny podniósł z ziemi leżący nieopodal miecz i rzucił waderze.
- Łap! - warknął. - Broń się jeśli potrafisz - powiedział opryskliwie i rzucił się na białego wilka.
Z ust Aulidy wydarł się stłumiony okrzyk. Ja też patrzyłam na to zdumiona. Chciałam go powstrzymać, lecz zaatakowana wadera wytrąciła mu miecz z ręki, a później wyrzuciła swój.
- Nie potrzebuję twojego miecza, mam dość własnej broni - powiedziała i podeszła do niego. Dalej już nic nie słyszałam z ich rozmowy.
Po chwili wadera skierowała się w stronę naszej alfy.
- Więc jak będzie z tą wyrocznią, Aulida? - rzekła przyglądając się swoim paznokciom.
- Kim jesteś? - ponowiła pytanie Ahri.
Wadera westchnęła ciężko.
- Aulida? Oświecisz towarzyszy?
- Issis, alfa mrozu - powiedziała przez zęby.
- Więc jak?
- Skąd mam pewność, że nic jej się nie stanie i że do mnie wróci?
- Skąd twoja niepewność?
Zamarła w bezruchu i nie odezwała się ani słowem.
- Właśnie przed chwilą obroniłam twoją przyjaciółkę przed pewną śmiercią. Gdyby nie ja, z pewnością znaleźlibyście ją martwą razem z rozszalałą hordą demonów panoszących się po waszej jaskini. Czy to nie wystarczający argument, że jestem w stanie zadbać o jej bezpieczeństwo?
Aulida zacisnęła usta, a po chwili usłyszałam jej głos w głowie:
- Ona ci pomogła, Yoko?
- Tak. Gdyby nie ona to dawno padłabym już ze zmęczenia. Myślę, że można jej zaufać...
- Dobrze, czyli zgadzasz się na jej propozycję?
- Tak...
Głos umilkł w mojej głowie, a zaraz Aulida odezwała się do Issis.
- Niech będzie - rzekła poważnie - Ile potrwa jej nieobecność?
Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
- No. Czyli dobiłyśmy targu. Tydzień potrwa sama podróż. Dam jej parę dni na zaaklimatyzowanie się w lodowcu. Po wypowiedzeniu przepowiedni z pewnością będzie musiała parę dni poświęcić na regenerację. Ten czas spędzi w pałacu siostry. A potem obmyślimy jak odesłać ją do domu.
- Nie da się tego jakoś skrócić?
- To najkorzystniejsza dla obydwu stron opcja.
Aulida spojrzała na nas, a my pokiwaliśmy głowami.
- Niech więc będzie, ale jeśli tylko coś jej się stanie...
- Nie mam zamiaru narażać się na wasz gniew - przerwała Aulidzie.
Podeszłam do wszystkich i przytuliłam ich mocno.
- Żegnam więc - powiedziała skłaniając się nisko - Bywajcie.
Po tych słowach wyszłyśmy z jaskini głównym wejściem. Kiedy wreszcie znalazłyśmy się na osobności, Issis wyjęła grube futro i rzuciła mi.
- Masz, przyda ci się - powiedziała i naciągnęła na głowę kaptur.
- A mogę jeszcze coś wziąć? - spytałam się.
- Niech ci będzie... Tylko nie obciążaj się za bardzo, bo przed nami długa droga.
Po jej słowach zamieniłam się w wilka i pobiegłam do swojego pokoju. Przerzucałam kolejne rzeczy, lecz nie znalazłam rzeczy, której szukałam. Nagle w progu stanęła Ahri.
- Jeszcze nie poszłaś? - zapytała zdumiona.
- No tak... Nie mogę znaleźć mojej ulubionej książki. Widziałaś ją?
- Taka z czerwoną okładką?
- Tak...
- Wczoraj była w kuchni na stole - poderwałam się szybko, by tam iść.
- Czekaj chwilkę, mam coś dla ciebie... - powiedziała Ahri i wręczyła mi małą buteleczkę z zielonym płynem w środku.
- Co to jest? - spytałam.
- Eliksir Wytrzymałości. Gdy wypijesz co najmniej łyk, stajesz się odporna na wszelkie ataki i tak dalej...
- Jej... Dzięki - uśmiechnęłam się do niej szeroko i przytuliłam. Po tym szybko wybiegłam do kuchni. Nie chciałam się spóźnić i poznać gniewu Issis. Spakowałam, więc szybko książkę, a dokładniej mój pamiętnik i pobiegłam z powrotem do dziewczyny.
- Czemu tak długo? - spojrzała na mnie lodowato.
- Szukałam czegoś... - spuściłam wzrok. - To co teraz?
- Czekamy na konie - odparła i usiadła na pobliskim kamieniu. Przysiadłam koło niej i popatrzyłam w dal. Jednak szybko mi się to znudziło.
- Czyli jesteś alfą mrozu, tak? - spytałam.
- Tak - odpowiedziała lodowato.
- A tam jest bardzo zimno?
- Dla ciebie pewnie będzie bardzo chłodno.
- Aha - mruknęłam i nie miałam już pomysłów na rozmowę. Po chwili odezwała się Issis.
- To jak jest z tymi twoimi wizjami?
- W sumie to sama nie wiem... Potrafię widzieć przeszłość i przyszłość, jednak nie wiem co dzieję się podczas trwania wizji. Nie pamiętam co się w niej stało ani co wtedy mówiłam.
Issis pokiwała głową. Nagle usłyszałyśmy tętent kopyt. Odwróciłyśmy się w stronę galopujących do nas koni. Wstałyśmy i zatrzymałyśmy je.
- Którego chcesz z nich? - zapytała dziewczyna.
- Chyba wybiorę karego...
- Jak chcesz - powiedziała i sama wsiadła na białego konia. Stałam chwilę w miejscu, ale w końcu podeszłam ostrożnie do zwierzaka. Obwąchał moją dłoń i zaparskał przyjaźnie. Uśmiechnęłam się i spróbowałam na niego wsiąść. Nigdy nie jeździłam na koniach, ale jakoś weszła na górę.
- Właściwie to jest pewien problem... - zaczęłam niepewnie. Issis spojrzała na mnie pytająco. - Jak się tym jeździ?
- Nie martw się koń sam ruszy. Ty musisz tylko utrzymać się w siodle - odetchnęłam z ulgą. Nie zamierzałam na razie spadać z konia.
- No to jedziemy? - zapytałam. Issis skinęła twierdząco głową, po czym ruszyłyśmy galopem przed siebie.

sobota, 28 grudnia 2013

(Wataha Mroku) od Margo.

A więc mam przeprowadzić je przez Servie... jestem pewna, że Issis doskonale da sobie radę sama, to... po co ja? Gdy alfa eteru opuściła moją jaskinie pokręciłam głową i uśmiechnęłam się drwiąco. Owszem, szanuje ją, ale ona mówi wszystko tak... teatralnie... i chyba nie zna mnie na tyle, aby wiedzieć, że ja na prawdę niewiele rzeczy traktuję poważnie... "nie jest ci dane poznać cel tej misji". To dlaczego mnie w to miesza? Owszem połódniowe równiny są niebezpieczne, dla amatorów nawet zabójcze, ale alfa mrozu na pewno przebyła już nie jedną z nich. Musiałam pilnować się żeby nie rozmawiać z Avril z byt ironicznie, choć chwilami wymykało się to z pod mojej kontroli. Ale ona najwyraźniej nic nie podejżewała... Wszystkie zdania wypowiadała oficjalnie... i jeszcze ta cała szopka z telepatią. W mojej głowie zawsze jest zamęt, jestem trochę roztrzepana, akurat przed jej wizytą rozpracowywałam Japońską księgę Sang, aby móc komónikować się z Layem, który jest mną dziwnie zainteresowany. Wygląda na to, że będę musiała podjąć się tej wyprawy. To będzie doskonała okazja do bliższego poznania wyroczni i samej Issis. Avril zachowuje się jak czysta władczyni, diametralnie różni się od swojej siostry. Obie z nich mają interesujące osobowości... ten czas wolałabym poświęcić na załatwinie swoich spraw, których niestety ciągle przybywa. Kamilla i Syrius zostaną na terenach watahy, mimo wszystko wole aby nie ryzykowali... teraz pozostało mi oswojenie któregoś z rumaków zamieszkujących zimie mroku...

Z zamkniętymi oczami starałam się wyczuć obecność koni w pobliżu. Poczułam silny impuls. Napływ... szczęścia? Siły?
~Jestem tu... czekam... ~ wypowiedziałam szeptem wsłuchując się w rytmiczny stukot setek kopyt. Głuche rżenie roznoszone przez pędzący u ich boku wiatr... parskanie unoszące się echem pośród nagich skał... źródło niewyobrażalnej siły pędzącej w swym niesamowitym żywiole... jednym słowem... magia...
W jednym momencie cały haos ustał. Uniosłam powieki. Mym oczom ukazało się stado legendarnych rumaków. Niespokojne, drżące ciała krążące w miejscu nie pozostawiały zastrzeżeń. Właśnie stałam twarzą w twarz z mitycznymi stworzeniami... jeden z nich wyłonił się z całego stada stając dosłownie krok ode mnie... Uniosłam rękę. Koń prychnął wydychając kłęby pary. Delikatnie położyłam dłoń na ciepłych chrapach jednorożca. Nie miałam wontpliwości. To on. Na jego grzbiecie pokonam połódniowe równiny. Uosobienie wolności, braku granic... stało u mojego boku. Rozwiana grzywa, smukłe silne nogi i... ten niepowtarzalny błysk w oku. Miłość do cwału po nieprzebytych ziemiach, ścigania z wiatrem... spojżałam mu w oczy. Była w nich niepewność, ale i spragnienie czułości... gdy ocknęłam się z amoku stał tam tylko on. Coś trzymało go w miejscu, lecz nogi drżały w gotowości. Szarawa sierść i czarne ślepia mówiły same za siebie... wierzchowiec skazany za występki swojego właściciela. Niewinne stworzenie... a jednak nie miał innego wyjścia... . Wilki Mroku kierują się własnymi prawami, tak jak inne stworzenia zamieszkujące te tereny. Na jego ciele widniały liczne blizny... zad pokiereczowany batem i kopyta zdarte od morderczej wendrówki...
-Biedaku... -jęknęłam oglądając bliżej jeszcze świerze rany. -Jesteś tu od niedawna, prawda? - w odpowiedzi zarżał cicho odwracając łeb w moją strnę. Powoli założyłam mu własnoręcznie wykonany kantar z cienkiej liny i odprowadziłam do jaskini... tam zrobiłam mu ciepłe posłanie z mchu i nakarmiłam.
-Co oni ci zrobili?-westchnęłam znowu lecząc kopyta i rany.  Światło... cudowny żywiał nisący szczęście... a jednak...

wtorek, 24 grudnia 2013

Życzenia


W imieniu redakcji bloga, pragnę Wam złożyć zdrowych, wesołych, pełnych radości i spędzonych w ciepłej, rodzinnej atmosferze świąt Bożego Narodzenia. I oczywiście niekończącego się natchnienia, a w nowym roku, dotrzymania wszystkich postanowień, jakie tylko sobie założyliście. Mam nadzieję, że wśród nich znalazło się postanowienie pisania większej ilości opo, czy dołączenia do bloga (:.

star w imieniu redakcji.

PS. Zdradzę Wam, ze pod koniec roku, również szykują się dla Was, świąteczne prezenty (;

poniedziałek, 23 grudnia 2013

(Wataha Mrozu) od Issis



Rzuciłam się z impetem w miękkie łóżko i zaczęłam rozmyślać o szykującej się wyprawie. Do przebycia Zachodniej Równiny, czy jak kto woli Servii będą potrzebne spore zapasy. Z tego co mi wiadomo, nie należy do zbyt obfitujących w żywność ziem. Część na pewno weźmie Margo, my także będziemy miały trochę czasu by coś upolować. Przyda się także kilka bukłaków słodkiej wody. Westchnęłam głośno. Nie podobało mi się to, że Servia będzie naszym najdłuższym etapem podróży. Wolałabym tam zostać jak najkrócej, to nie są bezpieczne tereny. Nasze konie się nie męczą, z pewnością same przebyłybyśmy ją o wiele szybciej. Z kolei, jeśli narazimy się na atak jakiegoś stworzenia, sama nie mam szansy obronić siebie i wyroczni, która nigdy nie widziała na oczy broni.
No dobra, dość rozmyślań czas wziąć się do roboty. Naciągnęłam na nogi długie, wygodne buty i wsunęłam do jednego z nich krótki nóż. Zarzuciłam na plecy ciepłą opończę i założyłam na głowę kaptur, przesłaniający większą część mojej twarzy. Przez plecy przewiesiłam kołczan ze strzałami i duży zdobiony łuk, doskonały do polowań. Sięgnęłam ręką w głąb szafy i wyjęłam z niej grube, ciepłe futro. Domyślam, się, ze zwykłe wilki z powietrza nie mają w posiadaniu takich ciuchów. Złapałam swój ukochany biały kostur i już miałam się przenieść na tereny watahy powietrza, kiedy usłyszałam ciche warknięcie.
- Tym razem zostajesz - mruknęłam do kota i wylądowałam centralnie na szczycie Góry Wichrów.
Przeszłam 20 kroków na wschód i 7 na północ. Przykucnęłam i odsunęłam ręką zarośla. Ujrzawszy malutką szczelinę w ziemi uśmiechnęłam się z zadowoleniem. Odgarnęłam ręką glebę i natrafiłam na zimną, twardą skałę. Z większym wysiłkiem powoli ją podniosłam. Moim oczom ukazała się ziejąca czernią szczelina w ziemi, dostatecznie duża,by bezproblemowo w nią wejść. Bez wahania skoczyłam w przepaść pod sobą. Po omacku wyszukałam na ścianie pochodnię i rozpaliłam ją niebieskim płomieniem. Czyli tajne wejścia jeszcze działają- stwierdziłam z nieukrywanym zadowoleniem. Powoli ruszyłam przed siebie krętym korytarzem oświetlanym bladym blaskiem pochodni. Cicho wygwizdywałam melodię ulubionej piosenki. Wąski korytarz wił się i rozgałęział bez końca. Raz opadał w dół, innym zaś razem prowadził stromo pod górę. Ja miałam to szczęście dobrze znać te korytarze i nie dać się zwieść pozornie łatwiejszym do przebycia drogom, kończącym się zazwyczaj czymś znacznie mniej przyjemnym niż strome podejście, czy wybrakowane schody. Od wejścia do największej groty jaskini powietrza, zwanej Jaskinią Letniej Bryzy, dzieliła mnie już satelitarna odległość, kiedy usłyszałam paniczny krzyk. Bez wahania zmieniłam się w wilka i ruszyłam pędem przed siebie. Naprędce usiłowałam przypomnieć sobie rozkład tutejszych pomieszczeń. Po pokonaniu paru zawiłych korytarzy dosłownie wyleciałam na skalną półkę znajdującą się kilkanaście metrów nad podłożem Jaskini Letniej Bryzy. I co ujrzałam? Stadko dusz upadłych wilków atakujących, nie kogo innego, niż MOJĄ wyrocznię! Zmieniłam postać na człowieka i napięłam cięciwę łuku. Wypuściłam po kolei trzy strzały celując w znajdujące się najbliżej niej upiory. Nie chybiłam ani razu. Rzuciłam się w panujący na dole harmider zmieniając w locie postać. Spadłam na grzbiet jednego z nich i bez wahania go zagryzłam. Rzuciłam się na następnego zerkając kątem oka na wyrocznie. Chroniły ją słabe zaklęcia ochronne, jednak wiecznie nie będzie mogła odpierać ataków. Kolejny przeciwnik również padł. Odwróciłam się i rozszarpałam gardło następnemu. Zmieniłam postać na ludzką i zdzieliłam w brzuch kosturem cień wilka skaczący mi do gardła, tym samym odtrącając do pod ścianę. Wyszarpałam nóż z buta i urywanymi słowami wyszeptałam pierwsze lepsze zaklęcie, które przyszło mi do głowy. Cisnęłam nożem w przeciwnika będącego najbliżej złamania bariery chroniącej przerażoną dziewczynę. Trafiony w mgnieniu oka staną w oślepiającym świetle, a wokół niego z hukiem wybuchły kolorowe fajerwerki. Przejechałam dłonią po twarzy w geście załamania. Co się z tobą dzieje? Nie znasz innych zaklęć? - skarciłam siebie w myślach.  Jedyną przewagą jaką zdołały nam dać wywołane w pośpiechu fajerwerki, było to , ze przerażone wybuchem upiory uciekły ze skowytem. Bezrozumne istoty. Podeszłam do trafionych strzałami osobników i wyszarpałam je z ich cienistych ciał. Były zbyt dobre, aby zostawić je na stracenie. Podnosząc wzrok zobaczyłam, ze dziewczyna schyla się aby podnieść mój nóż.
- Sz! - syknęłam i uniosłam ostrzegawczo rękę - Nie radzę.
Dziewczyna popatrzyła na mnie pełnymi przerażenia oczami i ostrożnie wycofała się do tyłu. Podeszłam do broni i wyszeptałam frazę dezaktywującą działanie zaklęcia, po czym z powrotem schowałam nóż do buta. Zmieniłam się w wilka i podeszłam płynnym, wolnym krokiem do dziewczyny patrząc nań błękitnymi jak lód oczami.W tej samej chwili wpadły do groty trzy przerażone i widocznie wściekłe wilki. Wśród jednego z nich rozpoznałam Aulidę - alfę powietrza.
- Co tu się stało?! - wykrzyknęła Aulida - Yoko? Nic ci nie jest?
- Ekchem - odchrząknęłam i pozwoliłam panującemu wewnątrz mojego ciała chłodowi ujść na zewnątrz, tak by i inni go odczuli - Ja też tutaj jestem. - powiedziałam niewinnie.
- Kim jesteś i co tutaj robisz? - odezwała się wadera stojąca za swoją alfą.
- Aulida wie kim jestem i to jej wystarczy. A jestem tu, gdyż potrzebuję waszej wyroczni.
- A czy to przepadkiem nie jest próba uprowadzenia - ozwał się basior i podszedł do mnie dumnym krokiem.
- Kochaniutki, gdyby to była próba porwania, to nie byłabym taka miła - powiedziałam słodkim melodyjnym głosem.
- Miła?! Wparowujesz do naszej jaskini bez pozwolenia podczas naszej nieobecności i urządzasz nam tutaj masakrę. - Zmienił się w człowieka i zbliżył czubek miecza do mojego gardła.
Nadal siedziałam na podłodze w postaci wilka niewzruszona.
- Naprawdę jesteś na tyle odważny by zaatakować nieuzbrojonego? A więc próbuj.
Widziałam jak się w nim gotowało. Podniósł z ziemi leżący nieopodal miecz i mi go rzucił.
- Łap! - warknął.
Zmieniłam się w człowieka i zręcznie złapał miecz
-Broń się jeśli potrafisz - powiedział opryskliwie i rzucił się na mnie.
Z ust Aulidy wydarł się stłumiony okrzyk. Bez większych problemów wytrąciłam mu z rąk miecz, kiedy tylko się zbliżył, a następnie rzuciłam na ziemię swój. Spojrzał na mnie zdumiony.
- Nie potrzebuję twojego miecza, mam dość własnej broni.
Podeszłam do niego i położyłam mu dłoń na ramieniu.
- W twoim sercu drzemie naprawdę wielka odwaga i niezmierna siła. Lecz jeszcze nie czas, byś ją zbudził, Danny.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Skąd znasz moje imię?
Uśmiechnęłam się beztrosko i szepnęłam mu do ucha.
- Trochę za głośno myślisz.
Podeszłam powolnym majestatycznym krokiem do alfy powietrza. Obejrzałam się przez ramię i zobaczyłam ciągle zszokowanych Yoko i Dannego patrzących się na mnie z dezorientacją.
- Więc jak będzie z tą wyrocznią, Aulida? - rzekłam ospale przyglądając się swoim paznokciom.
- Kim jesteś? - ponowiła pytanie wadera stojąca za nią.
Westchnęłam ciężko.
- Aulida? Oświecisz towarzyszy?
- Issis, alfa mrozu - powiedziała przez zęby.
- Więc jak?
- Skąd mam pewność, że nic jej się nie stanie i że do mnie wróci?
- Skąd twoja niepewność? -spojrzałam na nią pytająco.
Zamarła w bezruchu i nie odezwała się ani słowem.
- Właśnie przed chwilą obroniłam twoją przyjaciółkę przed pewną śmiercią. Gdyby nie ja, z pewnością znaleźlibyście ją martwą razem z rozszalałą hordą demonów panoszących się po waszej jaskini. Czy to nie wystarczający argument, że jestem w stanie zadbać o jej bezpieczeństwo?
 Kobieta zacisnęła usta i spojrzała pytająco po kolei na każdego z towarzyszy. Nie trzeba było czytać w myślach, żeby domyślić się, że właśnie rozmawiają bez słów.
- Niech będzie - rzekła poważnie - Ile potrwa jej nieobecność?
Uśmiechnęłam się szeroko ukazując białe zęby.
- No. Czyli dobiłyśmy targu. Tydzień potrwa sama podróż. Dam jej parę dni na zaaklimatyzowanie się w lodowcu. Po wypowiedzeniu przepowiedni z pewnością będzie musiała parę dni poświęcić na regenerację. Ten czas spędzi w pałacu siostry. A potem obmyślimy jak odesłać ją do domu.
- Nie da się tego jakoś skrócić?
- To najkorzystniejsza dla obydwu stron opcja.
Jeszcze raz przebiegła wzrokiem po towarzyszach i ze świstem wciągnęła powietrze.
- Niech więc będzie, ale jeśli tylko coś jej się stanie...
- Nie mam zamiaru narażać się na wasz gniew - przerwałam jej.
Wyrocznia podeszła do nas i wylewnie pożegnała się z towarzyszami.
- Żegnam więc - powiedziała skłaniając się nisko - Bywajcie.
Po tych słowach wyszłyśmy z jaskini, tym razem głównym wejściem. Kiedy wreszcie znalazłyśmy się na osobności wyjęłam grube futro i jej rzuciłam.
- Masz przyda ci się - powiedziałam i naciągnęłam na głowę kaptur.

(Wataha Eteru) od Avril

 Po dotarciu do pałacu, padłam zmęczona na łóżko. Mój umysł pogrążył się w śnie, w którym objawiła mi się Elaine, która już nie żyła. Mówiła o przepowiedni. Że nadszedł czas aby już została wypełniona. Wtedy ujrzałam Bogów. Pierwszy raz od kilkunastu lat. Zaczęli wymawiać przepowiednie.
 Obudziłam się gwałtownie. Czułam się jakby ktoś oblał mnie na powitanie lodowatą wodą. Ujrzałam nad sobą Posłańca. Pomachał mi na pożegnanie i zniknął. Powoli podniosłam się z łoża. Odgarnęłam włosy i zaczęłam analizować sen i utożsamiać go z obecnością Posłańca. jego przybycie nie świadczyło raczej o niczym dobrym. Ubrałam się w dzienne szaty i poczęłam nerwowo kręcić się po pokoju. Nie podobało mi się to, co się właśnie szykowało. Drzwi otworzyły się z hukiem i do pokoju wpadła siostra. Przez ułamek sekundy zobaczyłam przymrożoną do podłogi Jaelithe. Ale nie ona jest teraz naszym najważniejszym zmartwieniem.
- Posłaniec - zaczęłam ze spuszczonym wzrokiem - mi również wszystko wiadomo.
Zatoczyłam nerwowo jeszcze parę kółek po pokoju, aż w końcu westchnęłam i oparłam się na dłoniach o blat stołu. Spojrzałam Issis głęboko w oczy.
- Musisz ziścić przepowiednię i złamać klątwę.
- Co? Dlaczego ja?! - oburzyła się - Przecież była mowa, ze obydwie musimy ją złamać.
- Ja już swoją część wypełniłam. - powiedziałam usprawiedliwiając się.
- Powiedziała osoba, która ściągnęła klątwę.
- Odezwała się ta, która nie kiwnęła nawet palcem by ratować świat.
Ja przynajmniej po tym co TY - wypowiedziała to słowo ze zbędnym naciskiem - zrobiłaś, nie wylegiwałam się w pałacach, zamiast ciężko harować na odnowienie świata.
- Ej - zganiłam ją - przypominam ci ze jestem starsza. - może nie był to najodpowiedniejszy argument, ale jak widać podziałał
- Ja przynajmniej jestem mądrzejsza - odparła opyskliwie - Przynajmniej na tyle, żeby nie ratować zniszczonego już świata ściągając na niego niszczycielską klątwę.
'Siostra nie wkurzaj mnie' - dodałam w myśli.
- I właśnie dlatego że jesteś taka mądra, ściągniesz nam wyrocznię - powiedziałam jak do 3 letniego dziecka - Jest jedna w powietrzu. Ma bardzo wiarygodne przepowiednie. Nie musimy się też martwić,  o to, że to co zobaczy dotrze do niepowołanych uszu. Nie pamięta niczego z czasu trwania wizji. Niestety nie posiada daru panowania nad przestrzenią, jak my. Będziecie musiały przebyć trasę na piechotę. - powiedziałam przeczesując umysłem teren pod nami
- Że jak?! Siostra, przesadziłaś. Powietrze to przecież drugi kraniec krainy, w nieustannym marszu bez żadnych przeszkód wędrówka zajęłaby nam najkrócej 5 dni. Trzeba jeszcze oczywiście dodać parę dni na omijanie niebezpiecznych i przesyconych magią miejsc, aby wać pannie wyroczni nic się nie stało. Oczywiście nie możemy także pominąć Mordanu, który chociaż jest najpewniejszą drogą, to wiesz jaki jest niebezpieczny, nawet dla mnie, a co dopiero dla jakiegoś żółtodzioba? Piechotą ta wędrówka zajmie nam ponad tydzień! - wykrzyknęła.
  Westchnęłam obmyślając jak najlepszą dla sytuacji strategię podróży.
- Dostaniecie konie. Wiesz że nie lubię korzystać zapasów materii twórczej , ale z uwagi na powagę sprawy stworzę z niej dla was dwa konie. Przybędą do was pierwszego dnia wędrówki. Najszybciej będzie, jeśli przebędziecie Zachodnią Równinę, a potem po wspięciu się na Górę Żywiołów, powędrujecie wysokimi szlakami Mordanu aż do lodowca.
- Jedyne słuszne słowa wypowiedziane przez ciebie tego dnia - wywarczała
- Udam, że nie słyszałam. A więc tak. Jak tylko konie do was dotrą wydrzecie galopem na południowy-wschód. Konie się nie męczą, więc powinnyście szybko dotrzeć do Zachodniej Równiny. Jako że leży na terenach mroku, skontaktuję się jeszcze dziś z Margo. Margaret nazywa Zachodnią Równinę Servią, myślę, że nie powinnaś mieć większych kłopotów z przebyciem jej, zwłaszcza, że w przeszłości często na niej bywałaś. Ale ze względu na grzeczność, poproszę Margo o pomoc w przeprawieniu się przez równinę, a dodatkowa eskorta dla wyroczni na pewno się przyda. Po Servii pożegnacie się z alfą mroku i ruszycie jak najszybciej w kierunku Góry Żywiołów. Od jej szczytu biegnie stary trakt, nie wiem, czy go pamiętasz, ale powinny się zachować resztki bitej drogi prosto w serce Mordanu. Tam zostawicie konie, opuszczą was i wrócą do mnie. Dalej ruszycie piechotą, myślę, że dalszą drogę powinnaś znać, Mordan to twoja działka. Jak dotrzecie do lodowca, daj młodej trochę czasu na zaaklimatyzowanie się. Jak będzie gotowa, wezwij mnie, abym mogła usłyszeć przepowiednię i ewentualnie pomóc w przygotowaniach. Ustalone?
- Jasne, mości pani - skłoniła się głęboko.
- Zanim wyjdziesz odmróź Jaelithe. - wysapała przez zęby.
- Niech ci będzie - przewróciła oczami. - Ciao siostra.
Ukazała szereg białych strych zębów i rozpłynęła się w powietrzu. Jest chyba jedyna osobą potrafiącą doprowadzić mnie do szału. Dałam sobie chwilę na ochłonięcie po rozmowie po czym przeniosłam się do jaskini mroku, gdzie zgodnie z oczekiwaniami zastałam Margaret. Siedziała na gigantycznym fotelu z założonymi na prawie całym ciele opatrunkami i czytała książkę. W jej głowie kłębiło się sporo myśli i jeszcze więcej uczuć i chodź nie chciałam żadnej z nich słyszeć  to i tak wszystkie natarczywie pchały mi się do głowy.
~ Głośno myślisz - przekazałam bez użycia słów, jak to zwykle czynimy.
Zaniepokojona obejrzała się po pokoju w końcu natrafiając wzrokiem na mnie.
~ Nie bój się - uniosłam delikatnie rękę, by ją uspokoić i uśmiechnęłam się ciepło - Wybacz, że niepokoję cię w takiej chwili, ale mam naprawdę ważną sprawę niecierpiącą zwłoki.
- Wybacz, ale czy mogłybyśmy rozmawiać za pomocą słów? To niezbyt przyjemne uczucie kiedy rozbrzmiewają bezpośrednio w twojej głowie i nie możesz zlokalizować ich źródła, chociaż rozmówca stoi przed tobą.
Zaśmiałam się perliście.
- Jak wolisz Margaret.
- Mów mi Margo.
- Jak wolisz Morgo.
- Jaka sprawa cię do mnie sprowadza? - zapytała pokazała gestem abym usiadła. Zaprzeczyłam głową.
- Postoję. Zacznę od początku, jednak nie dane ci jest poznać więcej szczegółów niż te, które ograniczają się do twojej roli. Z pewnych przyczyn musimy sprowadzić wyrocznię z terenów powietrza, do lodowca w Mordanie na terenach mrozu. Nie posiada ona daru panowania nad przestrzenią, więc musi przebyć całą trasę poruszając się o własnych siłach. Jako, że te tereny jeszcze nie są do końca bezpieczne, na naszej trasie znalazła się Zachodnia Równina, bądź jak ty ją nazywasz Servia.
- Czyli mam przeprowadzić was przez Servię?
Pokiwałam głową.
- Blisko, jednak nie będę uczestniczyła w tej wyprawie, zamiast mnie wyruszy moja siostra Issis. Twoim zadaniem będzie nie tyle, co przeprowadzenie ich przez Servię, co chronienie wyroczni, gdyż Issis bardzo dobrze zna równinę.
- Zdajecie sobie sprawę jak trudne będzie to zadanie?
- Owszem, jesteśmy świadomi niebezpieczeństwa.
Pokręciła głową.
- Przecież to czyste szaleństwo! Jeszcze nikomu nie udało się przebyć Servii.
- Będziesz miała okazję zostania pierwszą osobą, która tego dokonała. Naprawdę, nalegam abyś rozważyła moją prośbę.
Westchnęła i znieruchomiała na chwilę w zamyśleniu. W jej głowie zaczęło się naraz pojawiać jeszcze więcej myśli, tak, że w końcu z trudem je odpychałam.
- Dobrze więc - odrzekła poważnie - Kiedy to ma nastąpić?
- Dosiądź konia i wypatruj ich za 3 dni przy północno-zachodniej granicy.

(Wataha Mrozu) od Issis

Uciekałam przez las, ciężko dysząc odgarniałam rękami nieprzebytą gęstwinę. Ciernie kaleczyły moje ciało i rozdzierały ubrania. Słyszałam za sobą kroki. Przenikliwe wrzaski, ogłuszające piski i donośne wycie ze wszystkich stron. Gonili mnie. Byli coraz bliżej. Wybiegłam na polanę z trudem łapiąc powietrze. Dawno nie byłam zmuszona do tak wyczerpującego biegu. Płuca paliły mnie niemiłosiernie, a mięśnie nóg stanowczo odmawiały posłuszeństwa. Wtedy ujrzałam ją. Zakapturzoną postać stojącą na środku polany skąpaną w blasku księżyca. W ręce dzierżyła lśniący sztylet, kaptur zasłaniał oczy i nos postaci, a srebrne loki luźno spadały na jej ramiona. Biegłam w stronę postaci, która nawet nie drgnęła. Odgłosy wciąż się przybliżały. Zatrzymałam się tuż przed postacią.
- Elaine? - wysapałam - Co tutaj robisz?
Nie kryłam zdziwienia. Elaine już dawno nie żyła, zginęła ze wszystkimi w katastrofie.
- Wiesz po co tu przyszłam - szepnęła uspokajającym głosem przyjaciółka.
- Przecież to nie możliwe, tyle lat minęło...
- Dokładnie tyle, co miało minąć. Przepowiednia ma się wypełnić - ściągnęła kaptur i spojrzała na mnie smutnym wzrokiem - Już czas Issis, nadszedł czas żeby wyjść z ukrycia...
Na polanę wbiegła cała pogoń. Byli wszyscy bogowie, wielcy władcy, a także zwykłe wilki z przeszłości, wszyscy, którzy wtedy polegli.
- Czas, żeby się obudzić - kontynuowała - czas, aby przywrócić wszystko do życia, czas żeby wypełnić przepowiednię i zniszczyć klątwę raz na zawsze. Czas... - przerwała, a otaczające nas tłumy zgodnym chórem zadudniły słowa przepowiedni.
Chciałam uciec, zatkać uszy, zapaść się pod ziemię, cokolwiek byle by tego nie słyszeć. Już dawno zaczęłam wierzyć, że obędzie się bez tego co konieczne. A jednak. Kiedy życie zaczęło mi się układać, musieli przybyć i przypomnieć, że znowu będę zmuszona rozdrapać stare rany.
Tłum powtarzał słowa przepowiedni jak mantrę. Każde wypowiadane słowo przybierało na sile, aż w końcu przerodziło się niemożliwy do zniesienia krzyk.
***
Obudziłam się zlana potem gwałtownie łapiąc powietrze. Spojrzałam nad siebie i zobaczyłam pochylonego nad sobą Posłańca. Zimna czerń jego oczu nie zdradzała żadnych śladów jakiejkolwiek osobowości, czy wyższej inteligencji, a usta ułożyły się w ponury uśmiech. Oszołomiona przyjrzałam się mu uważnie, po czym wybiegł z mojego pokoju z niewyobrażalną prędkością zostawiając za sobą czarną smugę. Podniosłam się z podłogi i otrzepałam z przylegających do skóry kawałków szkła. Nie miałam pojęcia ile spałam, ale jak na moje kiepskie poczucie czasu, mogło upłynąć nawet kilka dni. Zmrużyłam oczy i złapałam się za głowę, okropnie mnie bolała - spotkania z Posłańcami nie należą do najprzyjemniejszych. Hmm... skoro bogowie wysłali Posłańca, wygląda na to, że trzeba się wziąć za sprawę na poważnie. Muszę pogadać z Avril i znaleźć wyrocznię.Przeniosłam się do pałacyku królowej niebios i bez zbędnych ceregieli pomaszerowałam twardym krokiem ku jej komnacie. Ze zobojętnieniem przeszłam koło leżącej na korytarzu drobnej wadery patrzącej na mnie wielkim oczami. Gdy ją minęłam gwałtownie poderwała się i wściekle warcząc zagrodziła mi drogę. Nie zwróciłam na nią większej uwagi, po prostu dalej szłam do przodu w żwawym tempie. Wadera powoli cofała się do tyłu, aż w końcu przybrała ludzką postać i wycelowała we mnie okropnie otrą włócznią.
- Stój, bo inaczej będę zmuszona cię zabić - warknęła - Tak właściwie to kim jesteś, aby tak bezczelnie ośmielać się wejść bez pozwolenia do naszego królestwa?!
Uśmiechnęłam się do niej z politowaniem.
- Dziecko... odłóż to bo się skaleczysz - powiedziałam słodkim melodyjnym głosem siląc się uprzejmość.
Waderka wściekła wykonała szarżę na mnie celując włócznią  w moje serce. Gestem dłoni wytrąciłam jej włócznię z rąk i zmusiłam siłą woli do bezwładnego padnięcia na podłogę. Spojrzała bezsilnie na mnie. Delikatnie przymroziłam ją do podłoża.
- Nie chciałam tego robić, ale mnie zmusiłaś - rzuciłam na odchodne.
Z impetem otworzyłam drzwi komnaty siostry. Chodziła nerwowo po pokoju.
- Posłaniec - zaczęła nawet na mnie nie spojrzawszy - mi również wszystko wiadomo.
Pokręciła się jeszcze trochę po pokoju, po czym ciężko westchnęła i oparła się rękami o blat stołu. Spojrzała mi głęboko w oczy.
- Musisz ziścić przepowiednię i złamać klątwę.
- Co? Dlaczego ja?! - oburzyłam się - Przecież była mowa, ze obydwie musimy ją złamać.
- Ja już swoją część wypełniłam.
- Powiedziała osoba, która ściągnęła klątwę.
- Odezwała się ta, która nie kiwnęła nawet palcem by ratować świat.
- Ja przynajmniej po tym co TY zrobiłaś, nie wylegiwałam się w pałacach, zamiast ciężko harować na odnowienie świata.
- Ej - zganiła mnie - przypominam ci ze jestem starsza.
- Ja przynajmniej jestem mądrzejsza - odgryzłam się siostrze - Przynajmniej na tyle, żeby nie ratować zniszczonego już świata ściągając na niego niszczycielską klątwę.
Przyznaję, może lekko przesadziłam z ironią.
- I właśnie dlatego że jesteś taka mądra, ściągniesz nam wyrocznię - droczyła się ze mną - Jest jedna w powietrzu. Ma bardzo wiarygodne przepowiednie. Nie musimy się też martwić,  o to, że to co zobaczy dotrze do niepowołanych uszu. Nie pamięta niczego z czasu trwania wizji. Niestety nie posiada daru panowania nad przestrzenią, jak my. Będziecie musiały przebyć trasę na piechotę.
- Że jak?! Siostra, przesadziłaś. Powietrze to przecież drugi kraniec krainy, w nieustannym marszu bez żadnych przeszkód wędrówka zajęłaby nam najkrócej 5 dni. Trzeba jeszcze oczywiście dodać parę dni na omijanie niebezpiecznych i przesyconych magią miejsc, aby wać pannie wyroczni nic się nie stało. Oczywiście nie możemy także pominąć Mordanu, który chociaż jest najpewniejszą drogą, to wiesz jaki jest niebezpieczny, nawet dla mnie, a co dopiero dla jakiegoś żółtodzioba? Piechotą ta wędrówka zajmie nam ponad tydzień! - wykrzyknęłam wściekła.
Siostra po raz kolejny głęboko westchnęłam.
- Dostaniecie konie. Wiesz że nie lubię korzystać zapasów materii twórczej , ale z uwagi na powagę sprawy stworzę z niej dla was dwa konie. Przybędą do was pierwszego dnia wędrówki. Najszybciej będzie, jeśli przebędziecie Zachodnią Równinę, a potem po wspięciu się na Górę Żywiołów, powędrujecie wysokimi szlakami Mordanu aż do lodowca.
- Jedyne słuszne słowa wypowiedziane przez ciebie tego dnia - burknęłam pod nosem.
- Udam, że nie słyszałam. A więc tak. Jak tylko konie do was dotrą wydrzecie galopem na południowy-wschód. Konie się nie męczą, więc powinnyście szybko dotrzeć do Zachodniej Równiny. Jako że leży na terenach mroku, skontaktuję się jeszcze dziś z Margo. Margaret nazywa Zachodnią Równinę Servią, myślę, że nie powinnaś mieć większych kłopotów z przebyciem jej, zwłaszcza, że w przeszłości często na niej bywałaś. Ale ze względu na grzeczność, poproszę Margo o pomoc w przeprawieniu się przez równinę, a dodatkowa eskorta dla wyroczni na pewno się przyda. Po Servii pożegnacie się z alfą mroku i ruszycie jak najszybciej w kierunku Góry Żywiołów. Od jej szczytu biegnie stary trakt, nie wiem, czy go pamiętasz, ale powinny się zachować resztki bitej drogi prosto w serce Mordanu. Tam zostawicie konie, opuszczą was i wrócą do mnie. Dalej ruszycie piechotą, myślę, że dalszą drogę powinnaś znać, Mordan to twoja działka. Jak dotrzecie do lodowca, daj młodej trochę czasu na zaaklimatyzowanie się. Jak będzie gotowa, wezwij mnie, abym mogła usłyszeć przepowiednię i ewentualnie pomóc w przygotowaniach. Ustalone?
- Jasne, mości pani - powiedział z szerokim uśmiechem i teatralnie się skłoniłam.
- Zanim wyjdziesz odmróź Jaelithe.
Przewróciłam oczami.
- Niech ci będzie - wywarczałam i puściłam z objęć lodu dziewczynę. - Ciao siostra.
Wyszczerzyłam zęby w szerokim uśmiechu i zniknęłam się do mnie.

niedziela, 22 grudnia 2013

(Wataha Powietrza) Od Ahri

Siedziałam związana w głębi celi. Od paru godzin nic się nie działo. Rozmyślałam nad tym, co się stało w nocy. Pamiętałam potwora, wilka i krzaki... Wiedziałam, że w którymś momencie zemdlałam, a gdy się przebudziłam ktoś niósł mnie na rękach. Nie był to żaden członek watahy. Nadal trochę nieprzytomna rozglądałam się dookoła, by jak najwięcej zapamiętać. Gdy stwór, który mnie niósł, wreszcie doszedł do jakiegoś zamczyska, rzucił mnie boleśnie na ziemię.
- Zabrać ją do celi, ona zna chłopaka - powiedział do strażników przy bramie.
- Tak jest! - odpowiedzieli. Związali mi mocno ręce i wrzucili do lochu. Byłam bezradna, nie mogłam nic zrobić. "Znam jakiegoś chłopaka?" przypomniałam sobie słowa stwora. Nagle mnie olśniło. Pewnie chodzi im o Danny'ego. Doszłam do takiego wniosku i już nie miałam pomysłu, o czym mysleć. Przesiedziałam długie godziny zamknięta i wsłuchująca się w głosy innych. Z tego transu obudził mnie głos Aulidy w głowie:
- Ahri? Danny? Gdzie jesteście?
- W zamku - odpowiedziałam ucieszona.
- Jakim?? Jak tam dojść?
- Nie wiem... Pamiętam tylko, że przy drodze były brzozy, niektóre ususzone. Porwał mnie jakiś stwór, kiedy Cię nie było.
- Dobrze, nie martw się. Uwolnię ciebie i Danny'ego.
Dalej nasłuchiwałam jej głosu, ale już się nie odzywała. Westchnęłam ciężko. Kolejne godziny czekania... Po upływie kilku godzin, usłyszałam przy drzwiach celi szuranie. Momentalnie oprzytomniałam, wyczekując otworzenia się drzwi. Do lochu weszła Aulida. Szybko mnie rozwiązała. Podziękowałam jej, lecz nagle zobaczyłam ranę na jej boku.
- To ty byłaś tą wilczycą! Ale wyglądałaś nieco inaczej...
- Wiem, bo byłam pod postacią demona ale oddała mi władzę nad ciałem.
- To świetnie teraz pora odnaleźć Danny'ego!
Obie zgodne pobiegłyśmy poszukać chłopaka. Kiedy wybiegłyśmy po cichu z mojej celi, usłyszałyśmy kroki i rozmowę.
- Schowajmy się - szepnęła Aulida i nagle zniknęła z mojego pola widzenia. "Świetnie, prawie wszyscy w watasze umieją być niewidzialni" uśmiechnęłam się. Zrobiłam tak jak Aulida i obie byłyśmy teraz nie widoczne. W tym samym momencie do korytarza, w którym się znajdowałyśmy, weszli trzej uzbrojeni strażnicy. Rozmawiali o chłopaku.
- On w ogóle nie chcę mówić! Władza kazała mi go do tego zmusić, lecz mimo prób, nie udało się. Co mam zrobić?! - wyżalał się jeden z nich.
- Mówiłeś wcześniej, że mamy jego koleżankę, co nie? Może by tak zagrozić mu, że jak dalej będzie stawiał opór, to coś się jej stanie? - podpowiedział drugi.
- Ale mamy zakaz zbliżania się do tej dziewczyny...
- Przecież chłopak nie musi tego wiedzieć.
- Chytrze! Chodźmy od razu do niego.
Gdy strażnicy zniknęli za kolejnymi drzwiami, stałyśmy się widzialne.
- Chodzi im o Danny'ego! Co teraz? - spytała Aulida.
- Śledzimy strażników, a doprowadzą nas do niego - odparłam. I tak zrobiłyśmy. Znów stałyśmy się niewidzialne i skierowałyśmy się w stronę korytarza, którym poszły stwory. Dalej rozmawiały o super pomyśle jednego z nich. Wreszcie doszli do drzwi. Gdy je otworzyli, wykorzystałyśmy sytuację i weszłyśmy do środka. W pomieszczeniu dostrzegłyśmy Danny'ego przywiązanego do krzesła, a nad nim cztery Czarty.
- Zadam pytanie jeszcze raz. Co zrobiliście z wiedźmą, gdzie ją ukryliście? - zapytał jeden z nich. Spojrzałam na twarz Danny'ego. Wyrażała obojętność.
- Zwariuję tutaj! - zdenerwował się pytający, po długiej chwili ciszy.
- Przepraszam, ale ja się tym zajmę... - powiedział strażnik, którego śledziłyśmy. Podszedł do chłopaka i szepnął mu coś do ucha. Przez chwilę wydawało mi się, że w jego oczach widzę strach. Nagle Aulida, dalej niewidoczna, poszła za krzesło Danny'ego, wyjęła scyzoryk z ubrania i zaczęła piłować więzy. Chłopak był spokojny. Musiał czuć, że ktoś go uwalnia, więc znów przyjął obojętną twarz.
- Mówiłem już, że nic nie wiem - po słowach chłopaka, spojrzałam na potwory dookoła. Wyglądały już na solidnie wkurzone. Niespodziewanie usłyszałam w głowie głos Danny'ego:
- Dzięki, że po mnie przyszłyście - zdziwiłam się, bo nie mógł wiedzieć, że jesteśmy w dwójkę.
- Nie mogłyśmy cię tak zostawić.
- Mogłyście... Mam dla ciebie bardzo ważne zadanie - spojrzałam na niego ciekawie. - Za ostatnim potworem znajduje się włącznik i wyłącznik prądu. Kiedy go wciśniesz, wszystkie światła zgasną, co wprowadzi zamieszanie. Aulidę poproszę, by otworzyła drzwi, a gdy wybuchnie już awantura, to ja za pomocą telekinezy przeniosę nas na korytarz. Zrozumiałaś?
- Tak, chyba tak...
- To poczekaj, aż dam ci sygnał.
Głos ustał, a ja przygotowywałam się do przejścia na drugą stronę pomieszczenia koło siedmiu potworów. Po chwili Danny kiwnął do mnie głową. Ruszyłam po cichu do ściany. Ciekawe skąd Danny wiedział, w którym miejscu się znajduję, bo przy dawaniu sygnału, popatrzył się na mnie. Nie miałam jednak czasu na rozmyślanie. Doszłam szybko do włącznika i poczekałam, aż Aulida otworzy lekko drzwi. Wtedy nacisnęłam guzik... Poczułam, jak przenoszę się w powietrzu. Kolejny powód do podziwiania Danny'ego. Potrafił przenieść naszą trójkę do korytarza w całkowitych ciemnościach. Dokładnie wtedy kiedy dotknęliśmy podłogi stopami, światło zostało włączone. Danny też stał się niewidzialny i szybko ruszyliśmy w stronę wyjścia. Po krótkiej chwili byliśmy już na zewnątrz i skierowaliśmy się w stronę pobliskiego lasu. Gdy tam dobiegliśmy, staliśmy się widoczni.
- Udało się - uśmiechnęłam się do nich, ciężko sapiąc po biegu.
- Tak, na szczęście wydostaliśmy się - Aulida odwzajemniła uśmiech.
- Mam takie jedno pytanie... - zaczął Danny. Spojrzałyśmy na niego w oczekiwaniu. - O jaką wiedźmę im chodziło?
Popatrzył się znacząco na Aulidę, jakby już wszystko wiedział. Stałam nieruchomo, czekając aż dziewczyna coś wymyśli. Ja nic nie mogłam powiedzieć, bo obiecałam Alfie, że nie powiem prawdy o niej nikomu...

sobota, 21 grudnia 2013

(Wataha Powietrza) Od Aulidy

Obudziłam się późnym rankiem. Niby słońce świeciło, ale i tak było mi cholernie zimno. To pewnie przez moją ranę.  Byłam w postaci wilka ale po chwili zmieniłam się w człowieka. Łapiąc się za lewy bok powoli wlokłam się do jaskini. Oby się nie domyślili kim jestem. Po jakiejś godzinie dotarłam do groty. Panowała tam istna pustka. W grocie wyczułam znajomą mi woń Yoko, reszty nie czułam. Nie oglądając się chciałam jak najszybciej opatrzyć ranę i poszukać zaginionych. Przez moją nieuwagę wpakowałam się na białowłosą.
Ona ze zdziwieniem się na mnie wpatrywała. Po chwili spostrzegła moją zabarwioną na czerwoną chustę. Po chwili ona zapytała:
- Co ci się stało?!
- Wypadek przy pracy...
- Taa jasne, chwila, to ten sam bok co dostał tamten wilk!
- Tak to ja nim byłam.
- Dlaczego nie chciałaś naszej pomocy?! Mogłaś zginąć!
- Ważne,że wy jesteście cali a tak apropo, gdzie reszta?
- Danny wrócił ze mną a Ahri zniknęła już wcześniej.
- Co?! Dobra zaraz się tym zajmę ale najpierw opatrzę se ranę.
Wadera przytaknęła, po czym poszła za mną. Weszłam do pokoju po czym podeszłam do stolika nocnego i wyjęłam z niego maść i bandaż. Wykonałam opatrunek po czym przycisnęłam do rany i zabandażowałam. Z szafy wyciągnęłam pierwszą z brzega. Zapakowałam prowiant, mikstury wszelkiego gatunku oraz sakwy z wodą. Miałam już wychodzić i wtedy Yoko mnie zaczepiła:
- Mogę iść z Tobą?
- Nie, zostań tutaj na wypadek gdyby wrócili, Flow z tobą zostanie.
- Dobrze...
Wybiegłam z jaskini. Nie mogłam jednak za bardzo się przemęczać bo rana nadal nie była zagojona. W moim stanie to powinno się leżeć w łóżku i dużo odpoczywać. Ja jednak nie mogę leżeć spokojnie wiedząc, że gdzieś tam moi przyjaciele są zagrożeni. Ja ich w to wciągnęłam to ja ich z tego wykaraskam. Po chwili zrozumiałam,że nie mam zielonego pojęcia gdzie ich szukać. Postanowiłam wysłać wiadomość do jednego z poszukiwanych. Odpowiedziała dziewczyna. Niewyraźnie podała mi współrzędne i  kto ją porwał. A niech to ! Im się to chyba nigdy nie znudzi. Po pół dnia wędrówki doszłam do czarciego zamku. Teraz trzeba się tam dostać. Udało mi się tam wślizgnąć niezauważonej. Odnalazłam związana Ahri. Rozwiązałam ją a ona od razu zauważyła mój bok. No kurde czy on jest aż tak widoczny najwyraźniej tak:
- To ty byłaś tą wilczycą! Ale wyglądałaś nieco inaczej...
- Wiem bo byłam pod postacią demona ale oddała mi władzę nad ciałem.
- To świetnie teraz pora odnaleźć Danny'iego bo widziałam jak go gdzieś brali.
Obie zgodne pobiegłyśmy poszukać chłopaka.

piątek, 20 grudnia 2013

( Wataha Powietrza) Od Danny'iego


Wzruszyłem tylko ramionami i poszedłem zobaczyć, czy jest już Ahri albo Aulida. Nikogo jednak nie zastałem. Zwróciłem się, więc do swojego pokoju, by tam usiąść i pomyśleć. Gdy tam dotarłem, ten zapach nie dawał mi spokoju. "Trzeba wywietrzyć całą jaskinie" pomyślałem zatykając nos. Szkoda tylko, że w grocie nie ma okien... Poszedłem do kuchni, w której o dziwo najmniej cuchnęło. Posprzątałem rozbity dzbanek i starłem wodę z podłogi. Gdy było już w miarę czysto, usiadłem na jednym z krzeseł. A co z Ahri? Nie wróciła jeszcze do jaskini, więc może coś się jej stało? Postanowiłem wrócić do lasu, by jeszcze raz zobaczyć czy jej nie ma. Kiedy byłem już w korytarzu, coś mnie nagle złapało za rękę i zasłoniło usta. Przewróciłem oczami. "Znowu Yoko?"
- To nie Yoko, skarbie - usłyszałem za sobą przenikliwy, wysoki głosik, jednak należący do mężczyzny. Chciałem się odwrócić, lecz silne ramiona trzymały moje.
- A teraz pójdziesz ze mną. Pierwszy z naszych poległ, więc przyszedłem go pomścić - czyżby chodziło mu o tego co był tu wcześniej? Wszystko było możliwe...
- Pójdziesz po dobroci, czy mam użyć mniej przyjemnych środków? - "użyj mniej przyjemnych środków" pomyślałem i przewróciłem oczami. 
- Jak chcesz... - powiedział. "Czytanie w myślach... On to potrafi" doszedłem do wniosku.
- Nareszcie się skapnąłeś.
- Możesz przestać mi czytać w myślach? To niezbyt miłe uczucie...
- Oczywiście, że nie przestanę - mimo, że stałem tyłem do kogoś kto mnie trzymał, to wyobrażałem sobie jego szeroki uśmiech.
- Widzę, że martwisz się o swoją koleżankę z drużyny? Ahri czy jakoś tak?
- Tak...
- To się nie martw. Jest już w jednej z naszych cel w podziemnej siedzibie.
- Ale mnie pocieszyłeś - prychnąłem. - Pewnie teraz i mnie tam zabierzesz?
- Zgadłeś, ale teraz tak jak wybrałeś, użyje mniej przyjemnych środków...
- Czekaj, ja tego nie wybrałem! - zawołałem, jednak było już za późno. Po raz drugi w tym dniu (a właściwie w nocy) poczułem się słabo, a po chwili upadłem, zasypiając.

(Wataha Powietrza) Od Danny'iego

Po godzinie grania w Dzika, wreszcie to się nam znudziło. Byliśmy wyczerpani, więc siedzieliśmy na dywanie w ciszy. Po chwili usłyszeliśmy hałas w korytarzu. Zrobiłem się niewidzialny i wyszedłem cichutko zobaczyć co się dzieje. Zauważyłem coś, co chodziło po pomieszczeniach. Okazało się, że był to jakiś potwór. Śledziłem go przez chwilę, aż doszedł do kuchni. Było tylko jedno wejście i wyjście do niej, więc to idealne miejsce na zaatakowanie. Zakradłem się za jego plecy, po czym rzuciłem się na niego. Wystraszony potwór odwrócił się tak gwałtownie, że strącił dzbanek z wodą.
- Kto tu jest? - zapytał zachrypniętym głosem. Zdałem sobie sprawę, że dalej jestem niewidzialny. Żeby mieć dalej honor, przemieniłem się, by mógł mnie zobaczyć. Stwór zawarczał na mój widok i rzucił się na mnie. Zrobiłem unik, i uderzyłem go w splot słoneczny. Potwór zawył z bólu i upadł na kolana.
- Kim jesteś? - zapytałem. Stwór spojrzał na mnie, po czym się zaśmiał.
- Myślisz, że ci powiem?
- Nie wiem, ale zawsze warto spróbować.
- Nie zawsze... - spojrzałem na potwora, który wydawał się smutniejszy, niż chwilę temu. Wtedy stwór wykorzystując moment mojej nieuwagi, rzucił się na mnie i zaczął drapać. "Dość tego honoru, trzeba działać" pomyślałem i stałem się niewidzialny. Zdezorientowany przeciwnik nie wiedział co zrobić. Nagle usłyszeliśmy hałas na korytarzu, jakby ktoś wpadł na coś. Zacząłem przyglądać się drzwiom, czy ktoś z nich nie wyjdzie, ale to był błąd. Potwór zaczął na ślepo łapać powietrze, a po chwili chwycił mnie za gardło. Nagle do kuchni weszła Ahri i rzuciła w stwora kulą powietrza. Kula (szczęściem) mnie ominęła, ale kiedy potwór mnie puścił, spadłem na ziemię, a w moją rękę wbił się duży odłamek rozbitego dzbanka. Upadek był tak mocny, że nie mogłem wyjąć kawałka z ręki, bo za daleko się wbił. Szybko traciłem siły, lecz w końcu udało mi się wyciągnąć szkło. W tym samym czasie potwór wstał z ziemi i stanął kilka kroków ode mnie. Nadal mnie nie widział. Niespodziewanie przeleciał przez kuchnię, uderzył głową o stół i stracił przytomność. Zauważyłem, że to Ahri go tak załatwiła. Po chwili uklęknęła przy mnie.
- Bardzo cię boli? - zapytała, trzymając delikatnie moją rękę. Kiwnąłem głową, bo strasznie mnie piekła i zaczynałem tracić w niej czucie. Ahri zaczęła mnie leczyć, aż nagle odezwała się Yoko:
- Co tu się właśnie stało? - spytała zdumiona. Dziewczyna z ogonami stała się widzialna i odwróciła się do Yoko, by jej odpowiedzieć. Białowłosa jednak ją uprzedziła:
- C-co to było? - zaczęła się jąkać.
- Potrafię stawać się niewidzialna - odparła Ahri
- Aha... Co ty robisz?
- Leczę Danny'ego - Po tych słowach spojrzała na mnie, a ja przypomniałem sobie, że jestem dalej niewidzialny.
- Hęę..? - zdziwiła się. Znów stała się niewidzialna i zaczęła mnie leczyć. Po krótkiej chwili nie miałem ani śladu zadrapania. Wstałem powoli i przemieniłem się z powrotem, by Yoko mogła mnie zauważyć. Ahri zrobiła to samo, a Yoko otworzyła szeroko usta.
- WoW. Czegoś takiego to ja nie widziałam - pokręciła głową.
- Ale wszystko dobrze się skończyło - uśmiechnęła się Czarnowłosa, lecz nagle jej uśmiech zbladł. Odwróciła się w stołu i znieruchomiała.
- Gdzie on się podz... - nie dokończyła, bo nagle potwór pojawił się znikąd i chwycił ją za rękę.
- Gdzie ONA jest? - usłyszeliśmy skrzeczący głos. Spojrzała na mnie i na Yoko. Byliśmy zdziwieni nagłym pojawieniem się potwora i nie mogliśmy nic zrobić, bo mógłby skrzywdzić Ahri.
- Kto? - spytała Yoko.
- WIEDŹMA - powiedział potwór.
- Nie rozumiem - pokręciłem głową zgodnie z prawdą. - Jaka wiedźma?
- Lepiej nie zgrywajcie niewiniątek - zagroził, przykładając do szyi Ahri ostry nóż. Musiałem coś szybko wymyślić, bo całe to zajście może skończyć się nie ciekawie.
- Dobrze, spokojnie... - odparłem. - Zaprowadzimy cię do niej, ale najpierw puść dziewczynę.
Stwór tylko się głośno roześmiał.
- Nie jestem głupi! Wypuszczę ją, ale dopiero jak zobaczę wiedźmę.
- Zgoda, chodź za mną - potwór, zdziwiony moimi słowami, ruszył za mną. Postanowiłem skontaktować się z Ahri.
- Co robimy?
- To ty nie masz planu?
- Chciałem go czymś zająć, bo jeszcze, by cię skrzywdził...
- Dzięki... Ale to co teraz?
- Nie wiem, może Yoko ma jakiś pomysł?
I "rozłączyłem" się z nią. Tym razem skontaktowałem się z Białowłosą:
- Masz jakiś pomysł?
- Ja? Niestety, nie...
- To powiadom mnie, jak coś wymyślisz - mrugnąłem do niej i przerwałem rozmowę. Wyprowadziłem wszystkich na pole i skierowałem się w głąb lasu. Była już prawie pełnia, więc księżyc oświetlał drogę. Nagle usłyszałem w mojej głowie niewyraźny szept:
- Strumyk... zaprowadź... nad strumyk... - czy to mogła być Aulida? Wiele wilków miało moc telepatii, ale nie sądzę by nieznajomy wilk chciał nam pomóc. Jednak posłuchałem głosu i skierowałem się do strumyka. Gdy tam dotarliśmy potwór zaczął się nagle zapadać. Wtedy z krzaków wyskoczył wilk. Rzucił się na stwora, dzięki czemu ten puścił Ahri.
- Uciekajcie stąd! - krzyknął ludzkim głosem, a potwór wykorzystując chwilę nieuwagi wilka rzucił się na niego i uderzył go mocno w lewy bok. Upadł jęcząc z bólu. Chciał podejść by pomóc naszemu wybawicielowi, ale coś nas przeniosło w krzaki. Nie mogliśmy się przez chwilę ruszać. Nagle ujrzeliśmy mocny, oślepiający blask. Chcieliśmy podejść, by zobaczyć co się dzieje, ale poczułem się słabo. Zauważyłem, że Ahri i Yoko już opadły na ziemię, ale ja koniecznie chciałem sprawdzić czy nic się nie stało wilkowi. Ledwo podszedłem pod krzaki i odsłoniłem kilka gałązek. Zauważyłem, jak wilk kulejąc idzie do lasu. Chciałem mu jeszcze podziękować, lecz nim zdążyłem, opadłem na ziemię i zasnąłem.

Gdy się obudziłem, nie wiedziałem przez chwilę, co się stało. Wstałem osłabiony i obolały. Znajdowałem się w lesie. Rozejrzałem się wokół i spostrzegłem obok siebie dwie nieznajome dziewczyny. Nieznajome? Nagle pamięć zaczęła mi wracać. Przecież to Yoko i Ahri! Podszedłem do nich i zacząłem je szturchać, by się zbudziły. Po kilku daremnych próbach odpuściłem. Wyszedłem za krzaków i ujrzałem strumyk. Wyglądał pięknie, bo jasne promienie księżyca wpadały do niego. Nagle na trawie zauważyłem krew. Przykucnąłem przy niej. Była świeża. Postanowiłem zobaczyć czy mogłaby mnie zaprowadzić do rannego wilka, który nas przedtem uratował. Szedłem, aż ujrzałem go w krzakach. Na szczęście żył. Gdybym przyprowadził tu Ahri, to ona mogłaby go uzdrowić. Poszedłem, więc znów śladem krwi. Gdy byłem blisko strumyka usłyszałem szelest krzaków. Przyśpieszyłem, bo to pewnie dziewczyny się zbudziły. Gdy zajrzałem za krzewy, nie było tam dziewczyn. "Uff... Czyli już wstały." Rozejrzałem się wkoło, ale nie ujrzałem żadnej z nich.
- Ahri? Yoko? - zawołałem po cichu. Nikt mi nie odpowiedział, więc zacząłem przeszukiwać w pobliżu strumyka, czy nikogo nie ma. Nagle, kiedy miałem zawołać po raz kolejny dziewczyny, coś zasłoniło mi usta i szepnęło do ucha:
- Nie krzycz. Powiedz, kim jesteś - nie zamierzałem nic odpowiadać, bo nie wiedziałem kto to. - No? Ja czekam.
Niespodziewanie olśniło mnie. Przecież znałem ten głos.
- Yoko, to ty? - szepnąłem.
- Nie twoja sprawa - warknęła. Odwróciłem się i ujrzałem oczywiście Yoko.
- Co ty robisz? - spytałem. - Widziałaś Ahri?
- Nie znam żadnej Ahri - burknęła i odwróciła się do mnie plecami.
- Hej, Yoko, co ci jest? - zapytałem zdziwiony. Nigdy się tak nie zachowywała. Nie doczekałem się odpowiedzi. - Yoko?
I nagle Yoko wstrząsnął dreszcz. Odwróciła się do mnie i powiedziała:
- O, tutaj jesteś - zrobiłem dziwną minę, bo nie rozumiałem o co chodzi.
- Nic ci nie jest, Yoko? - zapytałem z troskliwością.
- A co ma mi być?
- A nic, nic... Widziałaś Ahri?
- Nie, nie widziałam - odparła szybko i spuściła wzrok.
- Na pewno?
- Powiedziałam już, że nie - warknęła.
- Dobra, spokojnie... - spróbowałem ją ułagodzić.
- Chodź, wracamy do domu.
- A co będzie z Ah... - nie dokończyłem, bo Yoko mi przerwała.
- Nic jej się nie stanie, nie ma pięciu latek. To jak idziesz?
- Zostanę chyba tutaj...
- Jak chcesz - prychnęła i poszła w stronę jaskini. " Powinienem przynajmniej ją odprowadzić..." Pomyślałem i stałem się niewidzialny. Szedłem za nią, by nic jej się nie stało. Kiedy doszliśmy już prawie do jaskini, wyczułem dziwny zapach, wrogi zapach... Szybko chwyciłem Yoko za ramiona, by nie mogła wejść do groty.
- Aaaa!!! - krzyknęła piskliwie. - Puszczaj mnie!!!
Wysłuchałem ją, by czym prędzej zatkać uszy. Dziewczyna odwróciła się gwałtownie w moim kierunku i krzyknęła:
- Co ty sobie wyobrażasz?!
- Sory, sory, ale ten zapach... Lepiej tam nie wchodź - przestrzegłem.
- Będę robić, co mi się podoba - warknęła i przestąpiła próg. Nagle... nic się nie stało. Spodziewałem się wszystkiego oprócz niczego. Może ten zapach został jeszcze z poprzedniego potwora?
- Widzisz? Nic się nie stało! - i pobiegła do swojego pokoju.

niedziela, 15 grudnia 2013

(Wataha Powietrza) Od Aulidy

Siedziałam przy ognisku ogrzewając się. Popatrzyłam w niebo jak gwiazdy błyszczą. Niestety dzisiejszej nocy będę musiała to oglądać ale oczami bestii. Wyjęłam z torby suchy prowiant i sakwę wody. Zaczęłam nieśmiało gryźć po czym popijałam. Dlaczego jestem alfą? Przecież z moim drugim wcieleniem będę miała utrudnione zadanie.  Nagle w mojej głowie pojawiły się impulsy ostrzegawcze. "What?!". Po chwili ujrzałam wizję. Przedstawiała moich członków i jakiegoś potwora... o nie to Czart! On ściga wiedźmy ale kto go wysłał? Nieważne muszę ich uratować.... ale za 5 minut jest pełnia. I teraz mam to głupie uczucie  rozdarcia: ważniejsza tajemnica czy życie moich podopiecznych? Usiadłam na pieńku gdzie po policzku spłynęły mi gorące łzy. " KONIEC! JEŚLI CHCE WIEDŹMĘ TO JĄ DOSTANIE!". Po tym poczułam, że ona wychodzi ze mnie i bierze nade mną kontrolę ale mogłam kontrolować ciało i zaklęcia. Dziwne..... bo zazwyczaj ona mnie pokonuje ale po chwili usłyszałam jej głos w głowie:
~ Pozwoliłam Ci zawładnąć bo widzę, że ci na nich zależy..
Oniemiałam bo nigdy nie miała uczuć albo inaczej: nie wyrażała ich. Poczułam ogromny przypływ sił magicznej. Zmieniłam się w wilka po czym mnie nie rozpoznają i ruszyłam  za instynktem. Po dziesięciu minutach w oddali widziałam jak ten dziwak trzyma Ahri a Danny gdzieś go prowadzi. Zaczaiłam się w krzakach i czekałam na odpowiedni moment. Wysłałam do nich wiadomości aby go sprowadzili nad strumyk. Oni odebrali to i poszli tam gdzie chciałam. Tak jak myślałam potwór zapadł się. Po czym natychmiast skoczyłam  mu na łeb łapiąc go za oko. Potwór wypuścił dziewczynę. Po chwili kazałam im uciekać ale wtedy on z całej siły mnie drapną w lewy bok. Upadłam jęcząc z bólu. Danny chciał podejść ale siłą woli wszystkich postawiłam w krzakach. Na potworze użyłam mojej specjalnej zdolności promieni księżyca. Oślepiło go po czym spadł do kanionu gdzie były ostre skały i to był obrzydliwy  widok. Moi podopieczni chcieli podejść ale ja ich uśpiłam po czym ledwo co idąc odeszłam do lasu. Widziałam, ze krew się za mną ciągnęła. Ułożyłam się w krzakach nie zmieniając postaci. Leżałam próbując usnąć. Teraz wiedziałam,że przynajmniej nie dowiedzą się kim byłam naprawdę. Na całe szczęście śmierć mi nie groziła tylko muszę długo odpoczywać ale nie wrócę do groty. Usnęłam twardym i głębokim snem.

(Wataha Powietrza) Od Ahri

Gdy wreszcie Aulida skończyła mówić o Black Soul, wszyscy się rozeszli. Ja poszłam do swojego pokoju, a dlatego że nie miałam co robić, wzięłam książkę, której jeszcze nie czytałam. Usiadłam wygodnie w fotelu i zaczęłam ją studiować. Książka miała 700 stron i była bardzo wciągająca. Z wypiekami na twarzy czytałam ją zachłannie. Ocknęłam się z tego transu po tym jak zobaczyłam, na której stronie jestem. Było już daleko po połowie książki, a na polu zaczynało robić się ciemno. Mimo wszystko powróciłam do czytania. Po krótkiej chwili do pokoju weszła Aulida. 
- Cześć, mogę ci przeszkodzić? - spytała.
- Jasne! - odparłam szybko.
- Posłuchaj muszę zniknąć na jeden dzień i noc.
- Ale po co? Dlaczego?! 
- Moje drugie wcielenie się dzisiaj obudzi, a nie chcę was skrzywdzić, więc pod moją nieobecność proszę cię, abyś ty nimi dowodziła, gdyby doszło do ataku Black Souls.
- Ale ja nie jestem gotowa.
- Jestem pewna, że dasz sobie radę.
Po tych słowach wyszła, a ja stałam zszokowana. Opadłam na fotel i zaczęłam rozmyślać. To było oczywiste, że nie byłam na coś takiego gotowa. Bardziej Yoko albo Danny. A jeżeli akurat dzisiaj pojawią się Black Soul? Wzdrygnełam się. Lepiej nie krakać. Mam nadzieję, że dopóki Aulida nie wróci z powrotem, to Black Soul będą siedziały cicho i grzecznie w swojej kryjówce, czy gdzieś tam gdzie mieszkają. Postanowiłam powiedzieć reszcie o tym, że nasza przywódczyni jest chwilowo niedostępna. Kiedy Danny i Yoko wreszcie przyszli, zaczęłam:
- Teraz ja tu dowodzę - trochę egoistycznie to zabrzmiało, a ja już wyobrażałam sobie ich myśli: "O Boże, ona zrobiła coś Aulidzie!" albo "Zawsze wiedziałem, że jest ZŁAAA". Ku mojemu zaskoczeniu, Danny odparł:
- Spoko, a gdzie jest Aulida?
- Musiała na chwilę wyjść...
- A gdzie? - spytała podejrzliwie Yoko.
- Do lasu - po tych słowach popatrzyli na mnie dziwnie. Westchnęłam. Nie wiedziałam, jak im to powiedzieć. - No dobra, chodzi o to, że musi załatwić bardzo ważną sprawę, więc najprawdopodobniej wróci dopiero jutro - źle mi było okłamywać przyjaciół, ale w końcu obiecałam Aulidzie, że nie powiem jej tajemnicy nikomu.
- No dobra... - odpowiedzieli po chwili namysłu.
- To teraz możecie wrócić do rzeczy, które robiliście przed chwilą - powiedziałam i zaczęłam czytać ksiażkę. Jednak po chwili spojrzałam w górę i ujrzałam Danny'ego i Yoko.
- No, możecie już iść - powiedziałam uśmiechając się.
- Ale nie mamy co robić - odpowiedzieli, a ja westchnęłam, ale w mojej głowie czaił się plan. 
- Może zagramy w jakąś grę? - zaproponowałam.
- Jaką? - spytała podekscyowana Yoko.
- No nie wiem... Może w Dzika? - popatrzyli na mnie pytająco.
- To taka gra, gdzie się mówi po kolei cyfry, lecz na liczbę, w której jest siódemka lub jest podzielna przez siedem, trzeba powiedzieć DZIK. Coś takiego: 1,2,3,4,5,6, DZIK, 8,9,10,11,12,13, DZIK, 15...
- Możemy spróbować... 
Graliśmy godzinę, lecz w końcu to się nam znudziło. Nagle usłyszeliśmy szelest w korytarzu. "Aulida?" - pomyślałam. Wystawiłam lekko głowę za drzwi, ale nikogo tam nie było. Wzruszyłam ramionami i usiadłam z powrotem na dywanie.
- To co teraz robimy? - spytałam. - Znacie jakieś inne gry?
- Nie przypominam sobie - powiedziała Yoko. Obie popatrzyłyśmy z nadzieją na Danny'ego, lecz ku naszemu zdziwieniu, jego nie było.
- Gdzie on się podział? - spytałyśmy równocześnie. Na odpowiedź usłyszałyśmy, jak coś się rozbija. Szybko wybiegłyśmy z pokoju i skierowałyśmy się w kierunku, z którego dochodziły dziwne dźwięki. Yoko, która biegła przede mną zatrzymała się gwałtownie, przez co na nią wpadłam.
- Co się stało? - spytałam.
- Cicho - szepnęła i wskazała cień na ścianie. Cień przedstawiał dwie postacie szarpiące się ze sobą.
- Co to? - zapytałam przestraszona. Podeszłyśmy bliżej drzwi do kuchni, by ujrzeć, kto się bije w tym pomieszczeniu. Zobaczyłyśmy okropnego potwora, który trzymał powietrze. Znów zerknełam na cień, który przedstawiał tego samego stwora, ale jeszcze jedną osobę, którą trzymał. "Danny?". Doszłam do wniosku, że to on, więc żeby mu pomóc, szybko weszłam do kuchni i rzuciłam w stwora kulą powietrza. Potwór puścił Danny'ego i spojrzał na mnie. Przełknęłam głośno ślinę i błyskawicznie zrobiłam się niewidzialna. Jako niewidoczna postać, zauważyłam na podłodze leżącego chłopaka. Miał zadrapania, a z jego ręki kapała krew. Podbiegłam do Danny'ego, uderzając niczego niespodziewającego się potwora. Upadł na ziemię, tracąc przytomność, a ja uklęknęłam przy chłopaku.
- Bardzo cię boli? - zapytałam, oglądając jego rękę. Kiwnął prawie niezauważalnie głową. Zaczęłam go leczyć, aż nagle odezwała się Yoko:
- Co tu się właśnie stało? - spytała zdumiona. Przypomniałam sobie, że nadal jestem niewidzialna. Przemieniłam się, żeby jeszcze bardziej jej nie wystraszyć, lecz stało się odwrotnie.
- C-co to było? - zaczęła się jąkać, patrząc na mnie jak na wariatkę.
- Potrafię stawać się niewidzialna - uśmiechnęłam się.
- Aha... - dalej nie wyglądała na przekonaną. - Co ty robisz?
- Leczę Danny'ego - znowu dziwnie na mnie spojrzała. Popatrzyłam w miejscu, gdzie powinien leżeć Danny, lecz go nie było.
- Hęę..? - zdziwiłam się. Stałam się niewidzialna i chłopak od razu pojawił mi się przed oczami. "Czyli on też może być niewidzialny..." doszłam do wniosku. Zaczęłam go leczyć, aż w końcu wszystkie rany zniknęły. Chłopak wstał powoli i przemienił się z powrotem, by Yoko mogła go zauważyć. Zrobiłam to samo, a Yoko otworzyła szeroko usta.
- WoW. Czegoś takiego to ja nie widziałam - pokręciła głową. 
- Ale wszystko dobrze się skończyło - uśmiechnęłam się, lecz nagle mój uśmiech zbladł. Przecież my nie zabiliśmy tego potwora. Odwróciłam się kierunku miejsca, gdzie powinien on leżeć, ale niczego tam nie było. 
- Gdzie on się podz... - nie dokończyłam, bo nagle coś chwyciło mnie mocno za rękę, przyciągnęło do siebie i zadbało o to, bym nie mogła się ruszyć.
- Gdzie ONA jest? - usłyszałam przy moim uchu okropny, skrzeczący głos. Spojrzałam na Yoko i Danny' ego, którzy byli zdumieni, lecz nie mogli nic zrobić. 
- Kto? - spytała Yoko.
- WIEDŹMA - powiedział potwór, dalej mnie trzymając. Przełknęłam cichutko ślinę. Czyli chodziło mu o Aulidę... Dobrze, że zdążyła stąd wyjść.
- Nie rozumiem - pokręcił przecząco głową Danny. - Jaka wiedźma?
- Lepiej nie zgrywajcie niewiniątek - zagroził, przykładając do mojej szyi ostry nóż. Nie miałam pomysłów, co robić. Gdybym go uderzyła w brzuch, to on zapewne zgiąłby się w pół, przy okazji wbijając mi ostrze. Jeślibym stała się niewidzialna, on by i tak nadal mnie czuł w swoich rękach. A może tarcza powietrza? Odpada. Byłabym bezpieczna w niej, ale dlatego, że stwór mnie cały czas trzymał, to on by też znalazł się w środku. Mogłam liczyć jedynie na moich przyjaciół.
- Dobrze, spokojnie... - odparł Danny. - Zaprowadzimy cię do niej, ale najpierw puść dziewczynę.
Stwór tylko się głośno roześmiał.
- Nie jestem głupi! Wypuszczę ją, ale dopiero jak zobaczę wiedźmę.
- Zgoda, chodź za mną - potwór, zdziwiony słowami chłopaka, ruszył za nim, dalej mnie trzymając. Nagle usłyszałam w głowie głos Danny'ego:
- Co robimy?
- To ty nie masz planu?
- Chciałem go czymś zająć, bo jeszcze, by cię skrzywdził...
- Dzięki... Ale to co teraz?
- Nie wiem, może Yoko ma jakiś pomysł?
Głos ustał w mojej głowie, a ja spojrzałam na Yoko i Danny'ego. Oby coś wymyślili...